Skip to main content

Wydawca: Dynamic Art Records

„Nie mam dzisiaj litości, bo bolą mnie moje stare recenzenckie kości”. Taki sobie skleciłem jednolinijkowiec, dumając nad tym co zrobić z trzecią w dorobku, płytą Shade Empire. A, jak już się chwalę swoją wrażliwą poetycką duszą, to jeszcze jeden. „Gdyby nam za to płacili, pewnie bylibyśmy bardziej mili”.

Nic jednak nie poradzę na to, że to nie moja piaskownica, nie moje grabki. Słuchanie kapel pokroju Shade Empire wywołuje we mnie znudzenie i starczego narzekania. Bo to już było.  Bo to już było w dużo lepszym wykonaniu. Przykro mi, ale ja toleruje z takiego grania tylko Tristanie, Theatre of Tragedy, czy inny Sirrah. I to tylko z lat dziewięćdziesiątych. Jak to miało jakąś tam moc, brzmiało nowością. Potem wzniosło się na poziom pseudo ezoterycznych dźwięków z nudnym żeńskim zawodzeniem. Ewentualnie napinaniem się wokalisty, że mimo iż muzyka już metalem nie trąci, to on growlu użyć jeszcze potrafi. Aby było jednak jasne, Shade Empire, próbuje czynić destrakszyn i pożogę używając gitar. Problem polega na tym, że 3-latek potrafi zrobić większy armaggedon w swoim pokoju. Ułagodzone brzmienie, pełne klawiszy, jakiś tam chórów. Od czasu do czasu mocniejsze uderzenie, żeby słuchasz przypadkiem nie pomyślał, że w jego domu zagościł przegląd piosenki chrześcijańskiej. Oczyma wyobraźni widzę sesje nagraniową.  „Słuchajcie chłopaki, tu trochę za szybko gracie, trochę wolniej. Albo nie,  wstawimy klawisze, to trochę bardziej melancholijnie to zabrzmi. A w pierwszym utworze, to zaśpiewaj bardziej skrzecząco. Bo jednak trochę to metalem brzmieć musi. Ale nie przesadzaj. W połowie wstawimy czyste wokale” . Wiem. Czepiam się. Takie zespoły są potrzebne, bo jednak ktoś ich chce słuchać. Wiem. Nie znam się, moja zimna dusza nie jest w stanie zrozumieć ogromu lirycznego przekazu tej muzyki. Tylko, że to już było. I to co kiedyś się sprawdzało, było nowatorskie, teraz stało się odgrzewanym kotletem trzeciej kategorii. I to bez budy nawet. Taki projekt to ja mogę zrozumieć, jak ktoś chce zaimponować dziewoi co to nad koncert Infernal War, przedkłada wizytę w muzeum ziemi biebrzańskiej. Jestem na nie.

Koniec. Dotarłem do ostatniego utworu na płycie. Umilkł chóry, gitary, klawisze. Pozostał niesmak i dramatyczne pytanie. Dlaczego. Dlaczego zamiast oddać to któremuś z kejosowców, zostawiłem ten album dla siebie. Pewnie moje dobre serduszko, kazało oszczędzić kolegom od wódki, tych dramatycznych, acz niezapomnianych muzycznych wrażeń.

Ocena: 5/10

Tracklist:

01. 9 In 1
02. Adam And Eve
03. Blood Colours The White
04. Flesh Relinquished
05. Harvesters Of Death
06. Serpent-Angel
07. Whisper From The Depths
08. Ecstasy Of Black Light
09. Victory
Ef
4473 tekstów

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Skomentuj