Wydawca: Thrashing Madness Productions
Chwała Ci, Lechu! Tak zaczynać się będzie chyba od dziś każda recka materiałów z Thrashing Madness Productions. Kurwa, na tę perełkę to akurat czekałem bardzo. Panie i panowie – Scarecrow!
Kapela z Bydgoszczy swego czasu była jedną z agresywniejszych i bezkompromisowych grup na polskiej scenie podziemnej. I to słychać. Na „Deo Optimo Maximo” mamy taką zbieraninę – począwszy od tytułowej demówki, przez Reha z 1991 roku oraz materiał pogrobowca po Scarecrow – kapeli Indulgence i ich „Embodiment of Evil” z 1992 roku. No to lecimy – zdecydowanie najbardziej chamską i prymitywną jest demówka „Deo Optimo Maximo”, która pewnie jeszcze u co poniektórych do dziś wywołuje gęsią skórkę. No tutaj mamy thrash/speed metal polany gęstą, czarną posoką. Prymitywna, niemal atawistyczna muzyka, do tego polskie teksty, w których nie patyczkowano się w piękną polszczyznę (posłuchajcie „Kurwa Matka”) – całość jest jak diabla wścieklizna – gryzie, kąsa, pluje dookoła lepką plwociną. Wspaniałe. Śmierdzące piwnicą, jak zresztą większość podziemnych wydawnictw z tamtego okresu. I bardzo autentyczne! Potem dostajemy reha. Reh jak to reh, krystalicznym brzmieniem nie grzeszy. Muzycznie to wciąż black/thrash metalowy (oczywiście w rozumieniu tego terminu przez pryzmat przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych) wpierdol. Trzy kawałki, pozbawione wokalu. A na koniec inkarnacja dwóch muzyków Scarecrow – Roberta i Tomasza już jako Indlugence i ich demo „Embodiment of Evil”. Część numerów to kawałki ze wspomnianego reha. Tutaj kapela poszła już trochę bardziej w thrash/death metalowe nakurwianie, jednak ten charakterystyczny blackowy posmak gdzieś tam się przebija (zwłaszcza w zapożyczeniu z „Marsza pogrzebowego”, hehe…). No, samo brzmienie jest już lepsze, ale to nie znaczy, że jest wymuskane, co to to nie. No, mamy tutaj też więcej zwolnień – choć jest to na wyrost może, bo panowie nie zaczęli nagle grać doom metalu. Jednak nie jest to już tak młodzieńczo wkurwione i opętane – słychać, że muzycy przez te dwa lata jakoś tam dojrzali. Chwali się im, zwłaszcza że „Embodiment of Evil” to wciąż świetny kawał metalu. Ok, poza tym krążkiem dostajemy jeszcze płytę DVD z archiwalnymi numerami live, niestety mam awarię sprzętu i nie napiszę Wam, czy da się to obejrzeć czy nie. Podejrzewam, że się da, a jak nie – to kult, heh! Oczywiście całość ma wypasiony booklet z wywiadami, biosami, fotami, tak jak nas przyzwyczajono.
Reasumując – brać, nie pytać!
Tracklist:




