Pogavranjen-jedva-cekam-da-nikad-ne-umremWydawca: Arachnophobia Records

Niedawno, dzięki uprzejmości Szanownego Wydawcy otrzymałem możliwość odsłuchu najnowszego krążka Pogavranjen. I żeby było jasne, nie miałem z tym zespołem większej styczności do tej pory, ale wiem że teraz to się diametralnie zmieni.

W zasadzie, cały album można by określić jako jedną wielką ścieżkę dźwiękową do dekadenckiej opowieści o kolesiu, którego życie legło nagle w gruzach, a wydarzenia do tego prowadzące odcisnęły na nim tak poważne piętno, że nic i nigdy już go cieszyć nie będzie. Nawet ulubiona szklanka marnej jakości whisky, z którą ochoczo spotykał się dzień w dzień spijając jej zawartość gdzieś w zapomnianej przez świat zaszczanej i zadymionej bar-spelunie w towarzystwie podobnych mu ludzi, którzy chcą w ten sposób leczyć swoje i tak z góry skazane na marność życie (“Olam Ha-Ba”). Tyle, jeśli chodzi o luźną interpretację zawartości i uczuć, które towarzyszyły mi podczas każdego odsłuchu najnowszego dzieła  Chorwatów. Można by było więc podsumować, że wszystko jest oczywiste w tej pełni goryczy opowieści. Gdyby nie to, że obraz który dany jest nam widzieć powstał przy akompaniamencie już nie tak jednoznacznej muzyki. Muzyki osnutej gdzieś w głębokich korzeniach black metalowej sztuki, nasiąkniętej lekko jazzującym, melancholijnym klimatem, delikatnym acz subtelnym klawiszem i wokalem – nieco dusznym ale i mocno hipnotycznym, mającym zbudować podstawy bolesnych doznań głównego bohatera. Dzięki temu właśnie obraz zawarty na „Jedva Čekam Da Nikad Ne Umrem” jawi się słuchającemu jako manifest żalu, przygnębienia i rozgoryczenia otaczającym światem. I przyznam szczerze, że biorę taki seans w ciemno, gdyż Pogavranjen buduje klimat w zadziwiająco luźny sposób. Tak, jakby to by była codzienna proza muzyków, a nie wymuszona na pokaz postawa młodzieńca z problemami emocjonalnymi, który żali się światu, że mu nie staje gdy chce przelecieć koleżankę z klasy wyżej i dlatego gra black metal.

“Jedva Čekam Da Nikad Ne Umrem” to przekraczająca granice gatunku awangardowa, melancholijno-dekadencka opowieść o chęci przemijania w bezbolesny sposób. Buszująca gdzieś po granicach różnych gatunków, świetnie tworzy klimat przemijającego życia, uciekającego gdzieś w głęboką otchłań nie-istnienia. Warto się więc nad tym materiałem pochylić i przechylić w jego towarzystwie małe co nieco podczas rozmyślań nad sensem istnienia.

Ocena: 9/10

Tracklista:
1. Keres
2. Maitreya
3. Parahaoma
4. Xolotl
5. Kalpa
6. Olam Ha-ba

Łysy
1059 tekstów

Grafoman. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Here on Earth „Zaświat”Recenzje

Here on Earth „Zaświat”

OracleOracle21 października 2026
Fvneral Fvkk „Indecent Idols”Recenzje

Fvneral Fvkk „Indecent Idols”

OracleOracle20 października 2026
Bûcher „Petrichor”Recenzje

Bûcher „Petrichor”

WojtuśWojtuś19 października 2026

Skomentuj