wydawca: Profound Lore Records
Na pewno słyszałem parę numerów z poprzednich płyt Szczygrobu, ale ni chuja nic z nich nie pamiętam. Pierwsza płyta wyszła już dobre 10 lat temu, a ja, jak się skupię, to sobie najwyżej przypomnę co robiłem w zeszły poniedziałek.
Wpada nam tutaj pół godziny sadystycznej kakofonii i to w dodatku dość chwytliwej na swój chory i obrzydliwy sposób. Wokale to ewidentna podpierdolka z Kaczora Donalda, ale mi pasują w tym całym kociołku zgnilizny. Śmierdzi tu rozkładem na kilometr, kawałki bez najmniejszego wstydu potrafią się skończyć nagle, tak po prostu, a rozpierdol jest tak konkretny, jak w jakiejś osranej melinie, gdzie brodzisz w gównie i pustych butelkach po wódzie. Ciężko się słucha tych wykrętów, ale nie bez satysfakcji. Mają tą rzadką zdolność do tworzenia muzyki tak samo paskudnej, co wciągającej. Trochę jak wtedy, gdy nie chcesz patrzeć na coś obrzydliwego, ale ciekawość jest równie silna. Do czego to porównać? Coś jakby Revenge, Portal i Morbid Angel poszły za garaże uprawiać pijackie perwersje. Ale też weźcie poprawkę na to, że jestem głuchy i lubię bredzić, więc to porównanie może okazać się zupełnie nietrafione. No i ten jebany kaczor na wokalu. Mocno to wszystko popaprane. Chaos, opresja, dehumanizacja i koniec świata.
Jeśli to naprawdę ostatni album, to odeszli z hukiem. Tak mocnym, jak ten w ostatniej minucie. Potężna eksplozja smrodu i makabryczny festiwal zaropiałego bezeceństwa.
https://www.facebook.com/profoundlorerecords
https://pissgrave.bandcamp.com/album/malignant-worthlessness





