Wydawca: Edged Circle Records
Kilka lat temu zachwycałem się drugim albumem Phantom Fire, na tyle że po recenzji wjechał wywiad z tymi równymi chłopakami. Trochę wody w Wiśle upłynęło i dostajemy trzecią płytę speed/black metalowego duetu, zatytułowaną prosto – „Phantom Fire”.
I jest równie dobrze co wcześniej. Ta grupa ma niebywałą łatwość w komponowaniu kompozycji agresywnych, wpadających zarazem w ucho. A na najnowszym krążku do tego emanują kurewskim luzem, totalnie rock’n’rollowym. Dodatkową nowością, która jeszcze bardziej wybija się na tle wcześniejszych albumów są inspiracje klasyką – pierwszym albumem Metalliki na przykład. Nie wiem dlaczego, ale jakoś to skojarzenie przewija mi się przez cały czas trwania „Phantom Fire”. Możliwe, że przez szybkość – Norwegowie stawiają na żwawe tempo swoich kompozycji, przy tym zadziorne i nie wyzbyte melodii. Riffy są ostre i tnące z precyzją, a zarazem jak już wspomniałem, nacechowane rock’n’rollowym luzem.
Do tego ten krążek jest naprawdę świetnie wyprodukowany, wszystko brzmi bardzo naturalnie i żywo. Bas pulsuje niczym krew w żyłach, a to jest coś na co szczególnie zwracam uwagę w tego typu muzyce. Nie wiem, czy perkusja jest tu dziełem żywego ziomeczka (w line upie nie ma o tym mowy), czy została po prostu tak fantastycznie zaprogramowana, ale nadaje ona olbrzymiego groove’u całej płycie.
„Phantom Fire” po raz kolejny po prostu skopało mi dupę i trochę szkoda, że takie fantastyczne kapele przechodzą raczej bez echa. Wiem, że zainteresuje się nimi zaledwie garstka maniaków, a ja mogę robić recenzje, wywiady i nic tego raczej nie zmieni. Ale co się nasłucham przy tym tej doskonałej muzyki to moje.
https://www.facebook.com/PhantomFireOfficial
Home





