Wydawca: Mara Productions
Hmm… chyba się starzeję. Dawniej jak dostawałem list napisany krwią myślałem se „kurwa, czysty kult!” a teraz myślę „o kurwa, a jak to ma zarazki?”. No ale przyznajcie, że jednak krew i black metal idą ze sobą w parze.
A taki ładny prezent sprawił mi pan Grief, który sam samotnie ciągnie wózek z bannerem Nyctophilia. Nie zetknąłem się chyba wcześniej z tym tworem, a dziwne bo to polska jednoosobowa horda. Może ze względu na opis ich muzyki – depressive suicidal black metal. Jednak odsłuch tegoż krążka zmienia trochę moje patrzenie na to zaszufladkowanie. O ile na „Dwelling in the Fullmoon Light” można znaleźć pewne elementy z wolniejszym graniem, bardziej klimatycznym, o tyle nie nazwałbym tej muzyki depresyjno samobójczym blekiem. Nyctophilia po prostu brzmi jak zespół z klasycznej drugiej fali black metalu, jest cholernie surowo, zimno i nieprzystępnie. Ale nie słychać tutaj muzycznych desygnatów depresyjnego nurtu. Jakoś tam nawiązują do pierwszych dwóch płyt Satyricon, może nasze Sacrilegium i ogólnie kapele tego sortu. No i podskórnie kojarzy mi się to z wczesnym Besatt – co oczywiście jest zaletą, bo pierwsze ich materiały są naprawdę niezłe. No jedynym problemem dla mnie jest to, że drugi krążek Nyctophilia się po prostu dłuży. Osiem numerów w pięćdziesiąt minut – niby nie dużo, ale jakoś odbiór jest taki, że co chwila zerkam na zegarek czy aby już. A to niestety nie najlepiej wróży albumowi jeśli mówimy o częstotliwości odtworzeń po recenzji.
Ogólnie dziś wystawię ocenę dość wygodną dla wszystkich. Ja kapeli całkiem nie opierdolę ni zbesztam, a może nawet zachęcę ku poprawie – Szatan mi świadkiem, kilkukrotnie kolejne albumy były lepsze niż ten, który oceniłem jako pierwszy.
Ocena: 6/10
Tracklist:





