Wydawca: Sliptrick Records
Wiecie co, czasem człowiek dostaje materiał do recenzji i jakoś podskórnie czuje, że ktoś chce Was tu zrobić w chuja. Na przykład gdy w opisie dostajecie notkę z czymś o black/speed metalowym sonicznym zniszczeniu wprost z najgłębszych piekieł czy coś…
A potem odpalacie album i zastanawiacie się, czy to Wam ze słuchem się pogorszyło, czy ktoś po prostu pierdoli kocopoły, byle sprzedać kilkanaście kopii albumu. Bo ja tak mam w przypadku debiutu Night Slasher, kapeli z Litwy. Powstali w zeszłym roku i stwierdzili, że będą grać black/speed metal. A przynajmniej tak sobie to nazwą. Więc myślicie, że dostaniecie siarkę w postaci Midnight, Bafomet, Knife czy innych bardzo fajnych krążków.
W to miejsce wlatuje średniej jakości thrash metal grany przez chłopców ubranych w ciuchy zapewne z litewskiego odpowiednika rockmetalshopu. I żeby jeszcze ten thrash metal był jakiś świetny, a jest znów przeciętny. Więc może uściślijmy na początek – żaden to black/speed metal, raczej thrash metal, z heavy metalowymi i hard rockowymi naleciałościami. A po prostu muzycy którzy stoją za Night Slasher ubrali sobie skóry i ćwieki i nałożyli corpse painty, do tego nagrali sobie teledysk, w którym grają na skale, a obok nich po lewej stronie robi sobie pokaz zabawy ogniami jakaś grupa, a po prawej stronie tańczą sobie dwie dziewczyny. Macie swój czarny metal.
Sam „Night Slasher” to osiem numerów zagranych w stylu Overkill wymieszanego z wczesnym Exodus. Może miałbym do tego lepsze nastawienie, jakbym dostał tę płytę wydaną przez kolesi w katanach i Reebokach, a nie pozujących na wojowników szatana. Takich albumów jest tysiące a ten ni chuj mnie nie porywa i szkoda mi nawet strzępić na nich język. Okładka – nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z front coverami polskich albumów z początku lat dziewięćdziesiątych, szczególnie z Wolf Spiderami i tak dalej. Tylko wygląda gorzej.
Generalnie jestem na „nie”. Wszystko brzmi bardzo sztucznie, plastikowo, jakby skrzyknęli się trzy miesiące przed eliminacjami do jakiegoś talent show. Możecie spokojnie odpuścić.
Ocena: 3/10




