Wydawca: Century Media Records
Są zespoły, które darzę szczególnym sentymentem z wielu powodów. Jednym z takich zespołów jest właśnie Malevolent Creation, którzy niestrudzenie, systematycznie niszczą obiekty każdym swoim materiałem.
A już za kilka dni światło dzienne ujrzy najnowszy album tej zasłużonej bandy, „The 13th Beast”. I jeśli tylko nie odstraszy Was okładka (swoją drogą, jak to jest, że kapele z takim kurwa dorobkiem, które na swoim koncie mają albumy z wręcz legendarnymi front coverami, że wspomnę ich pierwsze trzy krążki, wypuszczają taki koszmarek) to zapraszam do odsłuchu. A co w środku? To, do czego Malevolent Creation nas przyzwyczaiło już ponad trzydzieści lat temu – wkurwiony, klasyczny death metal, prosto z Florydy. Na pewno znajdą się tacy, co zaczną marudzić, że Malevolent Creation zżera własny ogon, a ja odpowiem – ja to ich nawet mogę na rączki wziąć i ponosić, żeby im się ulało, bo „The 13th Beast” to taki wyjebany smakołyk. To również pierwsza płyta z Lee Wollenschlaegerem na wokalu. Moim zdaniem chłop spisał się bardzo dobrze, choć jego barwa lekko różni się zarówno od wokalu Bretta jak i od wokalu Kyle’a. Najbliżej mu chyba do Blachowicza, co też mi pasuje, bo prawda jest taka, że Malevolent Creation nie miało słabego gardłowego w swojej historii. Reszta jest dla mnie dokładnie tym, czego oczekiwałem od tej kapeli – jest ciężar, szybkość, przede wszystkim jest wkurwienie i wciąż młodzieńcza energia. Jedyne co, to uważam że ten album mógłby być jednak trochę krótszy, tak z dziesięć minut, ale to już takie moje zboczenie – dla mnie idealny krążek death metalowy powinien trwać mniej niż czterdzieści minut. Z drugiej strony, na „The 13th Beast” nie ma dłużyzn, wszystko przelatuje sprawnie jak nalot dywanowy i pozostawia podobny krajobraz. Jestem cholernie usatysfakcjonowany takim stanem rzeczy.
Ponadto obecnie jedynie już chyba tylko Malevolent Creation i Cannibal Corpse ze starych, znaczących death metalowych nazw utrzymują tak wysoki poziom, bo w przypadku Morbid Angel, Deicide, Terrorizer nie mogę wypowiedzieć tylu pochwał. A niniejszy album należy zakupić, bezapelacyjnie.
Ocena: 8/10
Tracklist:





Nie zapominaj o Immolation i Incantation. Oni też się jeszcze trzymają.