Wydawca: Mordgrimm Records

Cholera, problem mam. To znaczy nie jeden, ale teraz opowiem Wam o konkretnym – o debiutanckim krążku Lychgate, który wałkuję pewnie od paru miesięcy i nie mogę się do niego jednoznacznie odnieść.

Może najpierw Was przedstawię – czytelnicy, oto i Lychgate, black metalowy zespół z Wielkiej Brytanii. Lychgate, oto i czytelnicy, śmietanka czytelnicza w Polsce. Skoro wstępy mamy już za sobą, powiem co mi na serduszku siedzi. Otóż, chwilami Lychgate porywa mnie jak cygan brankę, bezapelacyjnie i bez słowa sprzeciwu. Kiedy indziej zaś, nudzi mnie najzwyczajniej w świecie ta muzyka. I nie umiem dokłądnie określić momentu, w którym zmienia się moje nastawienie względem „Lychgate” – wszystko jest na miejscu, gra tak jak powinno i nagle się orientuję, że mi to granie nie podchodzi. A za chwilę na odwrót – nudzą, orkiestracje wprowadzają i klawisze i ni stąd ni zowąd noga mi chodzi, głowa się kiwa, czuję moc tych dźwięków… Ponadto mam niejaką trudność z zaszufladkowaniem tego, co słyszę na debiucie Lychgate. Ale żeby jakoś Was naprowadzić, to może rzucę kilka nazw – Emperor (zwłaszcza „IX Equilibrium” i kolejna), Arcturus, wczesny Dimmu Borgir czy wreszcie Septic Flesh – i choć najsilniej brytyjska kapela zdaje się inspirować muzyką Cesarza, to niniejsze nazwy są jedynie jak kierunkowskazy na drodze krajowej. Nie powiedzą Wam dokładnie, ile po drodze będziecie mieli zakrętów, a jedynie, że należy podążać w danym kierunku. I przemierzam tę drogę, raz z większą, a raz z mniejszą przyjemnością, w zależności od tego, co dzieje się u Lychgate. Jest to z pewnością ciekawa muzyka, której symfoniczność nie jest jedynie straganiarskim patosem wygrywanym na organach casio, ale z drugiej strony chwilami wydaje mi się, że panowie gubią się w tych wszystkich labiryntach, muzycznych tajemnych przejściach i tym podobnych wielokropkach muzycznych… Oczywiście jeśli jednak ktoś uwielbia takie właśnie granie pod Emperor i uważa, że to najlepszy sposób na tworzenie black metalu – wówczas jest potencjalnym nabywcą tej płyty. A jeśli ktoś jedynie docenia wielki wkład tego nurtu do całego gatunku, ale ma inne, ulubione zespoły, wówczas Lychgate obejdzie go mniej, bądź w ogóle.

Mnie, jak już wspomniałem, ta płyta się podoba, ale nic ponadto – a po wielu przesłuchaniach jestem daleki od ekstatycznych okrzykach „Umarł Cesarz, niech żyje król!”. Ale sam album jest porządny.

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. The Inception  
2. Resentment
3. Against the Paradoxical Guild
4. In Self Ruin
5. Sceptre to Control the World
6. Intermezzo  
7. Triumphalism
8. Dust of a Gun Barrel
9. When Scorn Can Scourge No More

 

Oracle
19429 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Bûcher „Petrichor”Recenzje

Bûcher „Petrichor”

WojtuśWojtuś19 października 2026
Final Self „Liturgy of the Final Self”Recenzje

Final Self „Liturgy of the Final Self”

OracleOracle16 października 2026
Deprive „The Archaic Summoning”Recenzje

Deprive „The Archaic Summoning”

BartBart15 października 2026

Skomentuj