Ze Stevem Greenem miałem już przyjemność pogaworzyć, przy okazji wywiadu z Atrociuous Abnormality, a było to chyba z piętnaście lat temu. Mimo, że dzisiejszy wywiad dotyczy Lust of Decay, Steve nic się nie zmienił – nadal jest rzeczowym, ale dość oszczędnym w słowach gościem. Świadom tego i tak zdecydowałem się na wywiad z nim, przy okazji wydania „Entombed in Sewage” – nowej płyty Lust of Decay po bagatelka niespełna dwóch dekadach. To ich zdecydowanie najlepszy album i dobrze słyszeć, że są w zajebistej kondycji.
Oracle: Hailz! Na początek chciałbym zapytać – jak to jest wrócić po prawie dwóch dekadach i to już z Waszym najlepszym albumem?
Steve Green: Szczerze mówiąc – to niewiarygodne! Przez wiele lat po naszym rozpadzie w 2007 roku myśleliśmy, że Lust of Decay zakończył działalność na zawsze, ale oto jesteśmy w grudniu 2025 z naszym nowym albumem “Entombed in Sewage”. To świetne uczucie wrócić z ośmioma nowymi kawałkami obrzydliwości!
O.: Cóż, od czasu “Purity Through Dismemberment” Lust of Decay parę razy się rozpadł i parę razy reaktywował. Jakie były główne powody takiej sytuacji? Gdyby to podliczyć, to Lust of Decay dłużej był nieaktywny niż aktywny…
S: Tak, pierwotnie rozpadliśmy się pod koniec 2007. Reaktywacja nastąpiła między 2014 a 2016 z naszym oryginalnym perkusistą i kilkoma nowymi członkami, żeby pograć trochę koncertów i festiwali. Po kolejnym rozpadzie planowaliśmy powrót pod koniec 2019 w składzie znanym z “Kingdom of Corpses” i “Purity Through Dismemberment”, ale niestety nasz basista Joe zmarł na początku 2020. Po rozmowach wewnątrz zespołu postanowiliśmy działać dalej z nowym basistą i przez kolejne pięć lat pisaliśmy i przygotowywaliśmy materiał na “Entombed in Sewage”.
O.: Prawie dwadzieścia lat to ogrom czasu, scena ekstremalna trochę się przez ten czas zmieniła. Zgadzasz się ze mną? Jakie są Twoim zdaniem najważniejsze zmiany, które zaszły od czasu wydania “Purity Through Dismemberment”? I czy były one pozytywne, czy negatywne?
S.: Tak, zdecydowanie teraz jest trochę inaczej niż w 2006. Streaming to prawdopodobnie największa zmiana – fizyczne nośniki nie dominują już jak w latach 2000. Zmiana jest nieunikniona, a żeby nadążyć, trzeba iść razem z nią. Fizyczne wydania zawsze będą naszym osobistym faworytem, ale udostępnianie muzyki cyfrowo jest ważne, bo wielu fanów słucha teraz przez pobrania i streaming.
O.: Wasza ostatnia reaktywacja miała miejsce w 2020, więc zastanawiam się, czy Covid-19 miał na to jakiś wpływ, czy może było to zupełnie niezależne, a wręcz utrudnił reaktywację?
S.: Covid miał niewielki wpływ na naszą reaktywację w 2020. I tak próbowaliśmy grać próby tylko raz lub dwa razy w miesiącu, więc skutki lockdownu były minimalne.
O.: “Entombed in Sewage” ukazuje się pięć lat po reaktywacji – dlaczego to tyle trwało? Jak wyglądał proces pisania i później – sesja nagraniowa?
O.: Rzeczywiście, tym razem pisanie albumu szło wolno, głównie dlatego, że próby odbywały się tylko dwa razy w miesiącu. Na początku lat 2000 ćwiczyliśmy nawet trzy razy w tygodniu, więc byliśmy dużo bardziej produktywni. Proces pisania “Entombed in Sewage” był przemyślany – poświęciliśmy czas, aby wszystko brzmiało dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Sesje nagraniowe też odbywały się powoli, żeby dopracować wszystko idealnie, podobnie jak finalny miks i mastering. Uważamy, że to wyliczone tempo było warte czekania.

O.: “Entombed in Sewage” to nie tylko Wasz najlepszy album, ale też najlepsza okładka. Nie mam nic do kobiet i seksownych zakonnic (nawet z siekierą), ale Wasze wcześniejsze okładki były po prostu złe, a ta jest po prostu świetna. Dlaczego tak wyszło – zatrudniliście kogoś lepszego czy to kwestia rozwoju techniki?
S.: Tak, stare okładki są teraz naprawdę żenujące, haha! Do “Entombed in Sewage” chcieliśmy zatrudnić jednego z najlepszych artystów, więc zdecydowaliśmy się na Daemorph Art. Jego umiejętności są topowe i chcieliśmy realistycznej, dopracowanej okładki, która oddaje klimat i brutalną atmosferę albumu.
O.: Podczas Chicago Domination Fest zagraliście utwór “Lacerated Birth” czy coś takiego i zapowiedzieliście go jako nowy numer z nadchodzącego albumu. Na płycie nie ma utworu o takim tytule, więc – nie trafił na album, czy dostał inną nazwę?
S.: Ah tak, “Lacerated Birth” został napisany chyba w 2015. Ten utwór przeszedł kilka zmian po naszej reaktywacji w 2020 i ostatecznie dostał nowy tytuł – “Nourishing the Swine”. Inny utwór z nowej płyty, napisany pierwotnie w 2015, to “Rusty Razor Rimjob”. Tam również były drobne zmiany, ale zostawiliśmy stary tytuł.
O.: Czy mieliście kiedyś problemy w pracy, życiu prywatnym itd., gdy ktoś spoza sceny dowiedział się, jaką muzykę gracie i jakie macie teksty, i pomyślał: „o kurwaaa, to jakiś popierdolony maniak!”?
S.: Nie, nie przypominam sobie, żeby coś takiego przydarzyło się któremukolwiek z nas. Poza zespołem żyjemy całkiem normalnie.
O.: A Wy chyba musicie być naprawdę w porządku gośćmi, przynajmniej dla siebie, bo trzech z Was gra razem od początku lat 2000, a Ryan też nie dołączył przecież wczoraj. Więc – jaki jest sekret Waszej chemii?
S.: Trudno uwierzyć, że Jay, Jordan i ja gramy razem w Lust of Decay od 2002! Naprawdę dobrze się dogadujemy i mamy świetną chemię. Jay i Jordan czasem się sprzeczają i nie zgadzają w pewnych kwestiach, ale zwykle jest to w żartach. Ryan dołączył do Lust of Decay w 2014 jako drugi gitarzysta wraz z Philem Goodem na basie. Po reaktywacji w 2020 obaj wrócili, ale Phil odszedł dwa lata później, a Ryan przerzucił się z gitary na bas.
O.: “Entombed in Sewage” wychodzi w Comatose Music Steve’a. Pomijając fakt, że jest on prawdziwym profesorem w każdym subgenrze brutal death metalu – jakie są inne zalety wydawania się w labelu prowadzonym przez członka zespołu?
S.: Myślę, że największą zaletą jest to, że wiem dokładnie, czego zespół potrzebuje. Jestem po obu stronach – gram w zespole i prowadzę wytwórnię. Wiem, co jest potrzebne w produkcji, promocji i dystrybucji. Wszystko to jest kluczowe dla udanego wydania.
O.: A co z promocją poza USA? Od kilku miesięcy dzieją się dziwne rzeczy i wiele labeli nie wysyła swoich rzeczy do USA. Czy ta sytuacja jest też problemem, gdy Wy chcecie wysyłać swoje rzeczy do Europy czy gdziekolwiek indziej?
S.: Comatose Music korzysta teraz z Imperative PR do światowej promocji i większość odbywa się cyfrowo, przez EPK. Wciąż wysyłamy trochę fizycznych promo wybranym mediom, ale taki sposób promocji nie jest już zbyt powszechny.
O.: A skoro mowa o promocji – planujecie jakąś trasę czy tylko pojedyncze koncerty tu i tam?
S.: Nie mamy obecnie planów na trasę ani koncerty. Możliwe, że zagramy na wybranych festiwalach lub może lokalny koncert w przyszłości, ale póki co nie ma nic w kalendarzu.

O.: Obecnie obserwujemy renesans różnych odmian death metalu, ale nie powiedziałbym, że to samo dzieje się z brutal death metalem w stylu Lust of Decay. Myślę, że ten gatunek zawsze miał dość stałą liczbę słuchaczy i żadna moda nie wpływa znacząco na jego popularność. Zgadzasz się?
S.: Tak, brutal death metal to głównie gatunek undergroundowy i sądzę, że tak już zostanie. Nie ma w tym nic złego – myślę, że dzięki temu brutal death metal nie staje się ani modny ani sztuczny, i właśnie za to kocham scenę undergroundową!
O.: OK, a jeśli miałbym zapytać Cię o zespół albo album, który zapoczątkował cały gatunek brutal death metalu – co byś wskazał? I czy da się wskazać tylko jeden?
S.: Nie jestem w stanie wskazać jednego zespołu czy albumu, który wciągnął mnie w brutal death metal. Od bardzo młodego wieku słuchałem metalu, który z czasem stawał się coraz cięższy i brutalniejszy. Wymienić można oczywiście Morbid Angel, Immolation, Cannibal Corpse czy Deicide – to były jedne z pierwszych kapel, które skierowały mnie ku death metalowi ogólnie. Ale to undergroundowe zespoły z końca lat 90., takie jak Lividity, Skinless, Malignancy, Fleshgrind, Dying Fetus i Devourment naprawdę wciągnęły mnie w brutal death.
O.: Kings Mountain, które według Metal Archives jest Waszą bazą (choć zakładam, że chodzi o miejsce zamieszkania Steve’a), wygląda na bardzo ładne i zielone miejsce – przynajmniej według grafik Google. Czy trudno prowadzi się label lub zespół w takim niewielkim miejscu, gdzie większość ludzi się zna?
S.: Kings Mountain to małe, wiejskie miasteczko, ale to nie ogranicza możliwości zespołu czy wytwórni. Nikomu nie przeszkadzamy i nikt nie przeszkadza nam. Więc dla Lust of Decay i Comatose Music jest tu całkowicie OK.
O.: Myślę, że dotarliśmy do końca wywiadu. Dziękuję bardzo. I na koniec – powiedz, jakich albumów słuchałeś podczas odpowiadania na moje pytania?
S.: Dziękuję również za wywiad, naprawdę to doceniam! Słuchałem nowego masteru Sermon to the Lambs, odpowiadając na te pytania. To nadchodzące wydawnictwo Comatose Music na marzec 2026… i jest zabójcze, więc wypatrujcie go!
Zdjęcia zaczerpnięte z fejsika Lust of Decay: https://www.facebook.com/LustOfDecayOfficial




