Ola, los black/thrahseros! Przed Wami Körgull the Exterminator i ich najnowszy, czwarty krążek. Jakim cudem ukryli się w podziemiu przede mną? Nie wiem. To znaczy, znałem ten zespół, ale jakoś ich płyty mnie omijały, bodaj poza jedną siedmiocalówką.
A tu nowy materiał „Reborn From Ashes” wpadł w me łapeczki. I jest całkiem nieźle – chamski black/thrash metal obwieszony łańcuchami, naszpikowany gwoźdźmi, opasany pasami (ja pierdolę, co ja napisałem…) i utaplany w brudnej rozpuście (to cytat ze Staszewskiego z kolei). Czyli zasadniczo coś, na co cała redakcja kejosa robi „mniam”. Sporo też tutaj klasycznego czarnego speed metalu, zwłaszcza gdy Lilith Necrobitch (ciekawe czy to panieńskie czy po mężu?) piśnie wysoko a dosadnie. Ta muzyka naprawdę może się podobać – ba, ta muzyka mi się podoba, tylko że cholera jasna, jakoś tak szybko wypada mi z makówki. Z drugiej strony – tak długo jak sobie „Reborn From the Ashes” leci, tak długo jebie mnie kwestia oryginalności w muzyce i zachowania rezonu w słownictwie. To jest pierdolony metal, bez zbędnych przemyśleń, onomatopei, metafor i didaskaliów. Prosto, bezkompromisowo, butnie – takie dewizy przyświecają Körgull the Exterminator. I mnie to pasuje, choć nie ukrywam że w tym gatunku są albumy i zespoły, które mi robią lepiej i bardziej (ale nie wspomnę nazwy, bo znów powiedzą, że kolesiostwo, a poza tym i tak się domyślacie, że o Ragehammer chodzi).
No, odrodzili się z popiołów i dobra jest. Gdy człowiek nie ma siły siedzieć i myśleć a jedynie siedzieć, najchętniej przy kuflu, to ten krążek jest zdecydowanie godny polecenia.
Ocena: 7/10
Tracklist:





