Wydawca: Godz ov War Productions
Kiedy dostrzegłem okładkę KIRu, zrobiło mi się miło, że inspirowano się moimi fotkami z siłowni (dla niepoznaki usunęli włosy i brodę), ale potem wzrok mój padł na nazwę hordu i zdziwiłem się, czy to nie przypadkiem jakaś inspiracja Odrazą. Jak się okazało, miałem nosa.
KIR, to świeży hordes w podziemiu, obracający się w klimatach black metalu, choć zaangażowani w niego woje mają już wprawę, gdyż odpowiedzialny za riffy i bas Ferment, gra również w Porońcu, a Harvest porykiwał na drugim pełniaku Outre. Rzec można, że zanosi się na „krak black” i to stwierdzenie będzie strzałem w dziesiątkę.
Po klimatycznym wstępie wlatuje „Monument”, który prezentuje jednoznacznie, że KIR zebrał, to co w krakowskim black metalu jest znane i lubiane, by podając próbę ulepienia z tego coś własnego. Pierwszym skojarzeniem muzycznym z pewnością jest Odraza, ale i również debiut Biesów, a gdzieniegdzie pobrzmiewają echa Outre. Jest ciężko, momentami duszno oraz czuć smród przetrawionego alkoholu, co riffy naprawdę dobrze oddają. W pewnym momencie wlatuje również muzycznie riff żywcem wyrwany z Medico Peste. Pochwalić należy również wokal Harvesta. Pewnie nieintencjonalnie, ale momentami świetnie przechodzi w niemal idealną kopię Stawrogina, by wrócić do swojej barwy, przez co ma się wrażenie, że dany kawałek, to nihilistyczny dialog dwóch przedstawicieli krakowskiej bohemy. Całkiem nieźle radzi sobie również perkusja, choć główną rolę pełnią na tym albumie właśnie wokal wraz z riffami. Od razu tu zaznaczę, że podług info, za jej kompozycję odpowiadał niejaki Kuba Niżyński, choć w notce mam info, że pogrywał tu Krzysztof Klingbein.
No jest fajen, pomachałby sobie człowiek rączką, gdy „L’appel du vide” przygrywa, jednakże nie mogę się w to wczuć. Nie czuję tu chemii. Alkoholowe libacje upadłych artystów miałem już na „Tacie 2” Kultu (czekam, czy ktoś w końcu jebnie cover „Śmierci Poety”) oraz debiucie Odrazy, który był niezwykle brutalny i wulgarny przy jednoczesnym pozostawaniu majstersztykiem artystycznym. W sumie również ten temat pojawił się na debiucie Gruzji, która jednak postawiła wtedy na całkowitą destrukcję inteligencji pozostawiając tylko upadek człowieka. Nihilizm codzienności był na debiucie Biesów, na którym było to wprost przytłaczające. Nawet tekstowo jest to dokładnie to, co znamy ze wspomnianych uprzednio kapel, choć propsuję za nawiązanie w kawałku „Znów” do „Urke” Wilków. KIR mimo naprawdę solidnego poziomu wykonania nie za bardzo daje coś od siebie. Wszystkie te patenty już były, i to w dużo lepszym wydaniu. Ja wiem, że ciężko być obecnie oryginalnym, ale jeśli naprawdę można tego schabowego podać na wiele sposobów, w szczególności pokusić się o inwencję własną. Tymczasem tu tego brakuje w efekcie czego płyta przelatuje, a mi nie bardzo chce się znów ją włączyć.
Mimo mojego sapania, nie skreślam KIRu. Chłopy znają się na rzeczy i można z tego w przyszłości zrobić coś ładnego, dokładając istotną cegiełkę do monumentu „krak blacku”. Ale to w przyszłości, bo na razie „L’appel du vide” jest po prostu solidne.




