Wydawca: Quality Steel Records
Debiutancki minialbum King Fear raczej mnie wynudził, niż zmasakrował, tak więc do pełnowymiarowego debiutu podchodziłem jak koza do Araba. Ale w końcu wziąłem się w garść.
„Frostbite” niczym mnie nie zaskoczył – dokładnie czegoś takiego spodziewałem się po tej płycie. Liczyłem na lekki progres w stosunku do poprzedniczki, ale nie nastawiałem się na coś oszałamiającego. I trafiłem w dziesiątkę. Wciąż mamy do czynienia z black metalem zagranym na szwedzką modłę a’la Dark Funeral, w którym terminował jeden z muzyków King Fear (co usilnie podkreślają, mimo że nie nagrał z nimi ani jednej płyty). Czyli muzyczka sobie mknie, lekka melodia się zaplączą, a całość jest sterylna i przejrzysta jak sopel lodu. Tylko, że to nie jest black metal, jakiego oczekuję. Chcę diabła i siarki, a nie walkę na śnieżki, bez rzucania w buzię, bo będzie bolało – a tak się czuję słuchając „Frostbite”. Jakiś tam postęp słyszę, ale jest on na tyle nieznaczny, że raczej nie ma wpływu na wyraźne polepszenie moich odczuć względem tego albumu. Jest tak jak było – monotonnie, nieprzekonująco, nudno.
Trudno, trochę czasu zmarnowałem na odsłuch debiutu King Fear, ale wszystko to dla Was, moje kochane metale. Cobyście się nie nacięli, może kiedyś postawicie mi za to piwo.
Ocena: 6/10
Tracklist:
| 1. | Conquering the Useless | ||
| 2. | Death Zone | ||
| 3. | Frostbite | ||
| 4. | Immortalized | ||
| 5. | The Wickedest Man | ||
| 6. | Black Gravel | ||
| 7. | Empires Aloft | ||
| 8. | Re-Conquering the Useless |





Świetna płyta!