Za Wikipedią: „nyckelharpa (w języku szwedzkim słowo to oznacza harfę klawiszową) – tradycyjny szwedzki instrument smyczkowy o 4-6 strunach, podobny w formie do liry bizantyjskiej.” Zastanawiacie się, po jakiego wała ja Wam to tutaj piszę? Bo oto mam do czynienia z zespołem Jarzmo, którego brzmienie opiera się właśnie o ten instrument.
I o wiele innych instrumentów, a żaden nie znajduje się w kręgu tradycyjnych środków wyrazu dla muzyki metalowej. A równocześnie z czystym sumieniem mogę zakwalifikować Jarzmo do zespołów, które spokojnie mogą zostać zrecenzowane na naszych cyfrowych łamach. Brzmienie tej całen nyckelharpy mocno przypomina przesterowaną gitarę, zaś sam zespół porusza się na płaszczyźnie ciężkich, choć totalnie nieoczywistych dźwięków. „Antropocen” oczywiście ma olbrzymi ładunek muzyki folkowej (której raczej nie jestem jakimś wielkim ni to znawcą, ni to entuzjastą), natomiast całość brzmi tak, jakby w wiejskich karczmach nie podawano wódki, a raczej grzybki halucynogenne i haszysz. Muzyka grupy Jarzmo brzmi jak soundtrack do filmu, w którym doom/stonerowy zespół przenosi się za jakimś dziwnym zrzędzeniem losu na galicyjską wieś sto lat wcześniej i gra tam nadal swoją muzykę, tylko za pomocą ówcześnie dostępnego instrumentarium. Brzmi niedorzecznie? Możliwe. Ale równocześnie brzmi to bardzo świeżo, ciekawie i wciągająco.
Może i wybrzmiewa w moich słowach nutka doom/folkowego neofity, ale „Antropocen” przeplata się między innymi słuchanymi przeze mnie końcówką roku płytami i wcale nie odczuwam obcowania z czymś nie pasującym do generalnej linii muzycznej w moim domostwie. Oczywiście na tym krążku znajdą się utwory ciut bardziej liryczne czy spokojniejsze, ale uwierzcie mi, cały ten album spaja fantastyczna atmosfera szaleńczego poszukiwania starego brzmienia, wskazywania nowych/starych rozwiązań dla znanych motywów. Czy kompozycyjnie „Antropocen” mógłby zostać nagrany przy użyciu klasycznego instrumentarium pod tytułem gitara, bas i perkusja? Mógłby. Ale zatraciłby wówczas swój unikalny charakter, a to on stanowi właśnie o niecodzienności muzyki Jarzma. Taki „Bat Trip” czy „Pług” przecież mogłyby spokojnie być bardzo dobrymi numerami z gatunku doom/jazz, ale to fakt użycia oryginalnego instrumentarium sprawia, że dodatkowo brzmi bardzo ciekawie. Candlemassowy „Chochoł” z kolei to chyba najlepszy numer na tym albumie, ciężki i apokaliptyczny z fantastycznym zakończeniem. A ile zyskuje właśnie dzięki tej całej ludowej otoczce!
Naprawdę jestem pod olbrzymim wrażeniem „Antropocenu”. I jak znam życie znajdzie się zaraz jakaś cwana gapa, która wskaże mi – ludowemu profanowi – szereg zespołów grających w tym stylu. Nie wykluczam, a nawet wierzę, że takowe istnieją. Natomiast to co usłyszałem na albumie Jarzmo stanowi dla mnie coś nowego i ciekawego. Jak na razie jestem zafascynowany i będę śledził poczynania tego duetu. A Wy jeśli szukacie odskoczni od klasycznie rozumianego metalu (z naciskiem na doom/stoner) to zachęcam do odsłuchania tej nietuzinkowej płyty.
Aha! Okładka też wspaniała i idealnie oddaje klimat tego krążka.
https://www.facebook.com/wearejarzmo





