Wydawca: Century Media Records
Szkocki Hellripper był swego czasu nazywany młodszym bratem, a potem następcą Toxic Holocaust. Dziwnym nie jest, bo James nie ukrywał swoich inspiracji (o czym możecie poczytać w wywiadzie tutej) oraz faktu, że mixami zajmował się onegdaj sam Joel Grind. Jednak już poprzedni pełniak zwiastował poszukiwanie własnej drogi, a omawiany dziś „Coronach” jest chyba jej znalezieniem.
Już sam tytuł wskazuje, że grzebania w szkockiej kulturze jest dużo więcej. Tytułowy Coronach jest pieśnią żałobną śpiewaną w formie improwizacji podczas pogrzebów albo styp w rejonach Szkocji bądź Irlandii. Ano tak moje Misie, James w pełni wsiąknął w przenoszenie historii oraz kultury szkockiej na słodkie dźwięki metalu. I szczerze mówiąc wychodzi mu to zajebiście, choć już wiem, że część z Was będzie mocno niezadowolona, bo muzycznie jest już całkiem inaczej. Zacznę od tego, że czuć, iż McBain kipi od pomysłów oraz energii, by je wcielać w życie. Na płycie dzieje się dużo, właściwie to w chuj dużo, bo trudno „Coronacha” nazywać już tylko metalpunkiem, gdyż jaw się to niewystarczająco. Już otwierający album „Kinchyle” wjeżdża z połamanymi riffami i techniką tak intensywną, że mimowolnie nasunęło mi się skojarzenie z Vektor, słychać jednak, że to nadal stary, dobry Hellripper, szczególnie gdy wjeżdża solówka z tak klasycznie rockowym motywem, że idzie się uśmiechnąć. Ale nie tylko prog-technika wlatuje, bo weźmy choćby takie „Brałbym Sztyc”, znaczy „Baobhan Sith”, które zaciąga mi melodyjnym black metalem (wyczuwałem leciutką woń wczesnego Carach Angren oraz silniejszą bliską bieżących dokonań Vreid), ale rzecz jasna w szkockim wydaniu, a jak wjeżdża ten śpiewno – walcowy motyw z refrenu, to złapałem się na mimowolnym dyrygowaniu ręką do rytmu. Naprawdę, trzeba mieć skurwysyński talent, żeby po latach świetnego, klasycznego metalpunka nagrać, wypuścić coś takiego i jeszcze zbierać za to oklaski, laurki oraz loda po same pomidory. A James ten talent właśnie ma. Żeby też prawdziwkom nie było smutno, że „kurwae, where metalpąk”, to wlatuje nagle takie „Blakk Satanikk Fvkkstorm”, które jest wprost stworzone do szerzenia zamieszek pod sceną. No i kawałek tytułowy zamykający album, czyli „Coronach”, który zaczyna się tak podniośle, że pasowałoby to, do niejeden, zacnej heavy metalowej załogi.
Jedyną chyba możliwą wadą tej płyty mógłby być jej, uwaga trudne słowo, eklektyzm, który nie każdemu przypadnie do gustu.
Ale mi pasuje. „Coronach”, to najambitniejsza płyta w dorobku Hellripper i pozycja obowiązkowa w tym roku dla każdego metalucha.




