Przyznam się, że w życiu nie słyszałem o tym zespole i po odsłuchu płyty „Ut de graute olle Tied – Deel Twee (Land der Nebel)” uważam, że wiele mnie nie minęło. Ale straciłem dobre kilka godzin, żeby się o tym przekonać.
Kapela nazywa się Heimdalls Wacht i pewnie już część z Was domyśla się, że dostaniemy tu black metal. Ano. Ale ten pagan black metal jest jakiś taki bez życia, kiepskiej jakości, kojarzący się z trzaskającą pod butem gałązką niźli potężnym u dumnym dębem. O ile pierwszy otwierający całość numer jeszcze jakoś tam się broni byciem typowym black metalowym numerem, to jak wchodzą nam tu czyste wokale to krew człowieka zalewa – czuję podskórnie, że panowie strasznie chcieliby dorównać Primordial, ale niestety – nie ta liga. Mogą co najwyżej pozbierać pozostałości po fanach Irlandczyków, a co dopiero stawać w szranki z samym zespołem. Chwilami te czyste śpiewy kojarzą mi się z Ralfem Scheppersem z Primal Fear, sami więc rozumiecie, że pasują one do pagan/black metalu jak Luxtorpeda na Nuclear War Now! Fest. W ogóle pomimo długiego stażu zespół jakby nie do końca mógł się zdecydować, którą drogą chciałby podążać – czy bawić się w surowy black, czy raczej żeglować ku pogańsko – wikińskim wpływom, czy może gdzieś tam wplatać heavy i thrash? No, bo są i takie wtręty, jak cytat z „Orion” w którymś tam numerze. To wszystko powoduje, że las ten jest takim typowym lasem, jaki moglibyśmy spotkać po naszej stronie granicy – mnóstwo śmiecia, syfu, pijaczków, a zero majestatu czy innych takich. Do tego ten krążek trwa godzinę. I uwierzcie mi – bardzo trudno przez nią przebrnąć. Ja to zrobiłem dla Was kilkukrotnie i więcej nie zamierzam.
Oj, ciężki ten album do przetrawienia naraz – więc ja go dla Was przetrawiłem i uprzejmie ostrzegam: obcując z najnowszym dziełem Heimdalls Wacht stracicie swój cenny czas.
Ocena: 3/10
Tracklist:





