Dzień dobry, dzisiaj zapraszam Was na wywiad z R.Hate łupiącym w Havocum! Wyszło dość obszernie z czego jestem naprawdę zadowolony. Pogadalim na temat sceny, nadchodzącej płyty i czy dalej można być „tru” black metalowcem. Zapraszam!
Wojtuś: Witam Pana R. Hate! Co tam słychać w wielkim świecie?
R.Hate: U mnie? Cisza, rutyna i ten sam pierdolony krajobraz co wczoraj. Mała wyspa, świat w miniaturze, gdzie czas płynie, jakby miał wszystko w dupie. Tu prawie nic się nie dzieje. Trochę muzyki, trochę roboty, trochę nieuniknionego wkurwu. Bo jak nie sprzęt się rozjebie w najmniej odpowiednim momencie, to los sypnie jakimś losowym gównem, żebyś przypadkiem nie poczuł się zbyt komfortowo. Ale w zasadzie to nie narzekam. Spokój jest zajebisty. Ma swoją cenę, ale i tak wolę to niż pierdolenie tłumu bezmyślnych debili, co gonią za chuj wie czym i myślą, że to sens życia. Siedzę sobie tutaj — z boku, z dystansu, z kawą w jednej ręce, dźwiękiem w tle i myślą: świat jest jebnięty, hehe.
W: Zaczniemy dość standardowo. Historia Havocum…
Wpierw: 2002–2004 funkcjonuje pod nazwą Unholy Crusade, jednak żaden fizyczny materiał sygnowany tą konkretnie logówką się nie ukazuje.
Na encyklopedii przykładnego metalucha z okresu tej działalności w spisie widnieje, że grał wtedy tylko niejaki Lyzwa — chociaż dam sobie rękę uciąć, że powinno być Łyżwa.
Jesteś w stanie powiedzieć coś więcej na temat Unholy Crusade? Podobno już wtedy kształtował się materiał, który ukaże się 18 lat później… jako Satan’s Apogeum.
R: Był to projekt mój, Kolana (perkusja) i Łyżwy (bas). Choć w tamtym czasie próby nierzadko przeradzały się w spotkania o charakterze konsumpcyjnym, były to naprawdę niezłe lata — można o tym mówić jako o początkach Havocum. Już wtedy zaczęły powstawać kawałki, które ostatecznie znalazły się na Satan’s Apogeum. Z tego, co pamiętam, ktoś z naszych kumpli dostał demo do przesłuchania… i nigdy nie wróciło. Oryginał przepadł. Próbowałem to jeszcze kiedyś odnaleźć, ale w końcu dałem sobie spokój. Myślę, że nie wszystko trzeba odzyskiwać — może właśnie w tym, że coś przepadło, tkwi siła. Te nagrania były jak iskry, które rozpaliły coś większego.
Z perspektywy czasu uważam, że nawet jeśli był to „luźny” etap, miał ogromny wpływ na brzmienie i ducha Havocum. Czasem to właśnie te półimprowizowane, pozornie niepoważne momenty są najbardziej szczere — i z takich rzeczy powstają te, które mają w sobie prawdziwą energię.

W: Nie wybiegajmy jednak za daleko w przyszłość. W 2010 roku Unholy Crusade odradza się jako Havocum. Domyślam się, że to celowa, zniekształcona wariacja na temat słowa havoc — a przyrostek -um to już kwestia stylu?
R: Niezupełnie. To połączenie słów havoc i cum. Okropne, nieprawdaż? Ale coś w tym jest — chaos i prymitywna siła życia. Brzmi obrzydliwie? Czyli tak, jak miało.
W: Od tamtego momentu, przez kolejne osiem lat, panowała raczej cisza, przerywana drobnymi zmianami w składzie. Co działo się przez ten czas? Szlifowaliście materiał na debiutancką EP-kę, czy raczej życie i codzienne obowiązki wzięły górę?
R: Przez te osiem lat faktycznie więcej było ciszy niż działań — głównie przez życiowe zawirowania i codzienne obowiązki, które często stawały na drodze. Mierzyłem się z własnymi sprawami, ale raczej nie chciałbym do nich wracać ani ich roztrząsać. Muzyka nigdy nie zniknęła z mojego życia, ale musiała ustąpić miejsca innym priorytetom. Dopiero po czasie udało mi się wrócić do pracy nad materiałem — z nową energią i świeższym spojrzeniem.
W: 2018– Wreszcie się doczekaliśmy i nakładem LSS i Total War ukazuje się Apogeum Szatana. Materiał zaskakująco mocno muzycznie rozbudowany, pełen szybkich, zajadłych riffów i wkurwu.
Ludzie podobno konsumują i chwalą, hehe. Naturalną koleją rzeczy byłoby raczej wydanie LP, zważywszy na to, że na EP były „tylko” cztery numery. Jednak Havocum — bach! — i w piach. Co to się stało?
R: Tak naprawdę ta EP-ka była nagrana już w 2012 roku, ale szczerze mówiąc — po numerach koleżki, z którym nagrałem Satan’s Apogeum, nie planowałem wtedy ani jej wydania, ani tym bardziej żadnego wskrzeszania tematu. Wszystko wyszło przypadkowo, przy okazji jakiejś rozmowy z Precem z Total War. Zero planów, zero kalkulacji — czysty spontan.
W: Po tej, na szczęście krótkiej przerwie, następuje powrót – tym razem w formie splitu z Severe Storm. Możemy chyba powiedzieć, że 2021 to rok stabilizacji? Bo od tego momentu Havocum działa już pełną parą.
R: Można powiedzieć, że 2021 to był jakiś punkt zwrotny – ale, kurwa, nie w takim sensie, że wszystko nagle się ustabilizowało i zaczęliśmy działać według jakiegoś harmonogramu, bo to nie firma, tylko Havocum – projekt, który zawsze był chaosem. I tak już, znając mnie, pewnie zostanie.
Zawsze chciałem zrobić split z Severe Storm, bo ten projekt od lat robi na mnie ogromne wrażenie.
Zero fałszu, zero kompromisów – czysta siła i atmosfera. Ten split był jak pierdolnięcie prądem po krótkiej śpiączce. Niby wcześniej coś tam się działo, niby były plany, ale wszystko rozjechane – życie robi swoje, człowiek czasem po prostu gaśnie. Ale wtedy… coś się przestawiło. Pojawiła się fizyczna potrzeba – żeby wrócić, żeby znów wyrzygać z siebie cały ten syf, który się zbierał latami.
I to właśnie się wtedy stało. Nie dlatego, że nagle „wszystko się ustabilizowało”, tylko dlatego, że nie dało się tego dłużej trzymać w środku, zwłaszcza w tamtym czasie.
Od tego momentu można powiedzieć, że Havocum nie tylko wróciło, ale i zaczęło żreć jak świnia, haha. Z nową siłą, nowym głodem, z tym samym starym, brudnym sercem, ohydą, wkurwieniem
i bezczelnym uśmiechem, który gdzieś tam widać zza środkowego palca.
W: Oprócz dema, lada chwila światło dzienne ujrzy pełnoprawny longplay. Dzięki uprzejmości zarządu LSS miałem okazję przesłuchać „Basement Dreams and Morbid Visions” przed premierą. I cóż mogę powiedzieć – matko i córko, co za kawał black metalu! Kiedy właściwie zaczęły się prace nad tym materiałem?
R: Dzięki, miło słyszeć, że materiał siada jak trzeba — bo szczerze mówiąc, włożyliśmy w ten album sporo pracy, energii i wkurwu. Prace nad „Basement Dreams and Morbid Visions” zaczęły się już dość dawno temu. W zasadzie cały trzon materiału był gotowy prawie dwa lata temu, ale – jak to zwykle bywa – życie, popierdolone historie i inne poboczne tematy potrafią skutecznie wyhamować każdy rozpęd.
Dorzuciliśmy jeszcze kawałek z Demo 2024, bo uznaliśmy, że zasługuje na drugie życie w lepszej jakości, plus jeden zupełnie nowy numer, który powstał na świeżym wkurwie, no i cover Impaled Nazarene, bo – kurwa – od zawsze nas rozpierdalali swoją bezczelną energią. To był hołd – brudny i szczery.
W: Trzeba przyznać – mastering na tym LP to zupełnie inna liga. Wiem, że wcześniejsze nagrania miały swój surowy, charakterystyczny brud, to drapane wieko i piwniczny pogłos. Ale to „wygładzenie” dźwięku na nowym materiale wyszło Wam na dobre – te rozbudowane partie gitarowe to coś niesamowitego, jeszcze połączone z chłostą w postaci perkusji. Idzie nawet wychwycić subtelne ambientowe wstawki. Wokal wciąż ten sam – skrzekliwy, złowieszczy, ale tym razem zaskakująco czytelny. W końcu wiadomo, co autor miał na myśli… heh.
R: Mix i mastering na płycie to zasługa Kolana. Bez cienia wątpliwości wie co robi.

W: A skoro już o autorze mowa – teksty, podobnie jak na splicie, zaśpiewane są zarówno po polsku, jak i po angielsku. Te angielskie to ukłon w stronę zagranicznej publiki, czy może po prostu nasz język nie zawsze nadaje się do wykrzykiwania niektórych bezeceństw?
R: Prawda jest taka, że teksty po polsku powstały wcześniej niż te po angielsku – i nie było w tym żadnego przemyślanego „ukłonu” w stronę jakiejś konkretnej publiki ani żadnego kalkulowania pod scenę. Poszły po prostu takie teksty, jakie wtedy mieliśmy – surowe, szczere, bez zbędnej cenzury. Bez zastanawiania się, czy „lepiej siądzie”. To nie jebana strategia promocyjna, tylko wypluwanie z siebie tego, co siedzi pod skórą.
Język polski jest bogaty i bardzo bezpośredni – ale czasem po prostu brzmi zbyt topornie, żeby oddać konkretny klimat. Angielski bywa użyteczny, kiedy chce się pójść w bardziej obrazowy, może trochę bardziej odrealniony ton. Ale to nigdy nie było „albo–albo”, ani żadne próby przypodobania się komukolwiek. Havocum nigdy nie lizało żadnych dup i nie zamierza tego zaczynać.
Język to tylko narzędzie. Jeśli pasuje do danego riffu czy klimatu numeru – to wlatuje.
Jak nie – to wypierdala. Tyle w temacie.
W: Zostając w temacie zagranicy – nie sposób nie wspomnieć, że Havocum narodziło się w Irlandii, gdzie – jak się domyślam – obecnie mieszkasz. Jak wygląda tamtejsza scena? Widzisz siebie jako część irlandzkiego undergroundu, czy jednak sercem i duszą należysz do polskiej sceny? A może… nie identyfikujesz się z żadną z nich?
R: Jeśli chodzi o Havocum – tak, narodziło się w Irlandii, i tak, nadal tu mieszkam. Ale scena?
To już bardziej skomplikowana sprawa. Irlandzka scena ma swoje mocne momenty, są zajebiści ludzie, którzy naprawdę jarają się tym, co robią, i potrafią nagrać coś naprawdę zajebistego. Ale czy czuję się jej częścią? Szczerze? Raczej nie. I nie dlatego, że mam coś przeciw – po prostu nie mam potrzeby się tam wpierdalać z butami, przypinać sobie plakietek i udawać, że teraz jestem „stąd”. Jestem tu, bo tu gram, tu nagrywam, tu mieszkam. Jutro mogę być w słonecznej Hiszpanii, czy tam będę częścią ich sceny? Pewnie też nie. Z drugiej strony – Polska scena to moje jądro.
Czasem serio chce mi się śmiać, kiedy widzę komentarze, że Havocum to „zespół z UK” albo „irlandzki black metal”. No kurwa, litości. Fakt jest taki, że i ja, i Kolan mieszkamy poza Polską już od prawie dwóch dekad, ale to wciąż Polska siedzi nam pod skórą – w języku, w mentalu, w muzyce. Nie ma znaczenia, jaką łatkę ktoś przyklei – UK, Irlandia, Mars – i tak zawsze będziemy czuli się Polakami. Cała reszta nie jest istotna.
Tam się uformowałem, tam nasiąkłem tym syfem, który do dziś leje się z głośników. Znam jej smak, jej brud i jej siłę. Ale też nie będę ściemniał, że dalej w niej tkwimy po uszy – bo nie. Życie rozrzuciło nas inaczej, rzeczy się zmieniają, ludzie się zmieniają. Nie ma już tej samej obecności fizycznej, tego siedzenia na gigach czy knajpach co tydzień, tego bycia „na bieżąco”. Ale duchowo? Ten syf jest w nas dalej. Więc kim jesteśmy? Polakami grającymi z Irlandii? UK? Anonimami? A może po prostu ludźmi, którzy mają gdzieś przynależność, bo ważniejsze jest to, co napierdala z kolumn? Nie wiem. I szczerze – nie muszę wiedzieć. Robimy swoje. Reszta to tylko tło, szum i cudze oczekiwania. Wyjebane mam w to, prawdę mówiąc.
W: Pociągnijmy ten wątek dalej. Czy Twoim zdaniem scena metalowa – szczególnie blackmetalowa – zbyt mocno fiksuje się na autentyczności? Gdzie dla Ciebie kończy się szczerość, a zaczyna pajacowanie?
R: Prawda jest taka, że scena – szczególnie ta blackmetalowa – od lat zapętla się w swoim własnym kulcie „autentyczności”, tylko że ta „autentyczność” coraz częściej wygląda jak teatrzyk.
Kurwa, ilość szamba, które wylało się na metalową scenę – i to nie tylko w Polsce, ale globalnie – jest po prostu nie do opisania.
Ludzie z ego wyjebanym w kosmos lansują się na necie, a w czasie 5-minutowej rozmowy potrafią 3 razy strzelić sobie w stopę takimi głupotami, że pierdolą. O osobnikach z malowanymi pazurkami na tle lasu z paczkomatu, pierdolących o piekle i szkodliwości krowiego mleka, nie ma już chyba sensu wspominać, haha.
Nie wiem, co nimi kieruje. Może to chęć atencji, może kompleksy, może po prostu nuda i brak celu w życiu. Może to efekt przegrywania w inne dziedziny, więc zostaje „bycie trve” jako ostatni bastion tożsamości. Ale niech, kurwa, nie pierdolą o szczerości, kiedy całe ich „bycie sobą” jest wyuczone z komentarzy wyczytanych z internetu czy starych zinów odkupionych na kiermaszu fejsbuka. Wiesz, dla mnie szczerość to nie jest to, czy ktoś ma ćwieki z 1987 roku, czy kasetę wydaną w 6 sztukach na taśmie ze szpulaka.
Szczerość to jest to, czy jak coś tworzysz – to naprawdę cię to boli, jara, rusza, czy po prostu robisz to, żeby ktoś na fejsie napisał „miazga”. Szczerość jest wtedy, kiedy robisz to wszystko, kiedy nikt kurwa nie patrzy. Kiedy nie ma publiki, nie ma lajków, żadnego klaskania po skończeniu. Kiedy siedzisz sam, w ciemnym syfie własnych myśli, i wypluwasz z siebie dźwięki jak czarną, jadowitą, śmierdzącą flegmę, bo inaczej by ci rozjebało łeb od środka. To właśnie wtedy jest prawda – brudna, chropowata, bez makijażu.
Robisz to nie po to, żeby ktokolwiek to zrozumiał. Robisz to dla siebie i dziesięciu innych popierdolenców, którzy myślą podobnie. Po to, żeby nie zwariować, żeby choć na chwilę wyciszyć te jebane głosy w głowie. Dziś wielu nie pamięta już o tym, że black metal to coś więcej niż cały ten skurwiały chlew internetowy. I kiedyś nie miało to żadnego znaczenia, jakie masz wydanie płyt czy kaset. Nikogo to nie obchodziło, mogłeś mieć przegrywaną taśmę z kawałkami spisanymi na kartce z zeszytu.
Wystarczyło, że znasz i słuchasz. Rozmowy weryfikowały wszystko. Dziś jest klęska urodzaju, i byle parówa może udawać, że jest jednym z nas. I właśnie dlatego nie utożsamiam się z żadną sceną. Bo nie chcę być częścią tego cyrku. Robię swoje, z ludźmi, którzy myślą podobnie.
W: Co Cię pcha do działania w muzyce ekstremalnej? To wciąż potrzeba ekspresji, czy może już pewna obsesja?
R: Dobre pytanie. Zdecydowanie pasja, bo poza tym, że coś nagrywam, jestem przede wszystkim fanem takiej muzyki.
Słucham metalu odkąd pamiętam, to była pierwsza rzecz, która miała sens w świecie pełnym gównianych ludzi, masek i tanich wartości. To, co komponuję i nagrywam, w pewnym sensie wypełnia dziurę w duszy wypaloną przez tę skurwiałą rzeczywistość, która każdego dnia próbuje ci wmówić, że masz się cieszyć z byle ochłapu.
A poza tym — to, co tworzę, to też muzyka, której sam chcę słuchać. Głośna, brudna, szczera aż do bólu. Nie kalkuluję, nie pytam, czy się komuś spodoba. Robię to, co mi siedzi pod skórą, co łamie mnie od środka. Jeśli coś z tego rezonuje z kimś innym — zajebiście. Nie wiem, może rzeczywiście to jest jakaś obsesja, jakaś forma katharsis? Nie jestem specjalistą, ale w tych czasach już chyba każde skrzywienie ma swoją nazwę.
W: Muszę przyznać, że przy pierwszym odpaleniu „Basement Dreams and Morbid Visions” miałem skojarzenia z Arkona i ich „Konstelacją Lodu”. Potem przyszły echa Mayhem i innych diabelskich legend. Największe muzyczne inspiracje?
R: Lubię wczesny Mayhem — ten, który bardziej przypominał rytuał niż muzykę, czy też rodzimą Arkonę, a właściwie to ich starsze wydawnictwa, gdzie czuć było autentyczne zimno i duchową dzicz.
Ale mówiąc całkiem szczerze: ani jedno, ani drugie nie było dla mnie żadną inspiracją. Uwielbiam francuską scenę — za jej psychotyczną intensywność i klimat obłędu. Fińska zaś — to inna liga, tam śmierć i szaleństwo połączone z charakterystycznymi melodiami. Cenię stare wyziewy norweskich klasyków — tamten brud, chłód i nieludzki nihilizm, który nie był jeszcze przebrany w estetykę. Wreszcie Polska scena lat 90., bo to coś, co miało ogromny wpływ na kształtowanie moich obecnych gustów muzycznych.
Przy układaniu ostatniego Havocum nie miałem jakiegoś konkretnego wzorca, za którym chciałem podążać. Nie siadałem z płytą w ręku i myślą „zrobię coś w tym stylu”. W zasadzie nie siadam, by coś skomponować, siadam, żeby coś wyrzygać. Teksty piszą się pismem automatycznym, jakby ktoś inny prowadził rękę. A głosy w głowie układają to wszystko w całość. One dyktują, ja tylko spisuję, hehe.

W: Zakładam, że album ukaże się na CD, a winyl to tylko kwestia czasu?
R: Zgadza się. CD ma być dostępne pod koniec maja. Winyl w bliżej nieokreślonym terminie, w drugiej połowie tego roku. Informacja na pewno pojawi się w LSS.
W: Za większość rzeczy odpowiadasz sam (pomijając bass i główne wokale w wykonaniu Kolana). Ile czasu zajęło Ci opanowanie wszystkich instrumentów? Obstawiam, że wymyślanie, nagrywanie i potem sklejanie tego w jedną całość nie było kolorowe.
R: Po gitarę sięgam nieregularnie od lat 90., po bass od około 2009, po klawisze może raz na miesiąc, a za garami też rzadko. Więc ciężko tu mówić o opanowaniu instrumentów, bo do tego dużo mi brakuje. Wszystko to jest bardzo czasochłonne, ale mogę to robić całymi dniami, bo sprawia mi to cholerną przyjemność. Tym bardziej że nikt mnie z niczym nie goni.
W: Gdybyś miał wybrać jeden kawałek z całej twórczości Havocum jako manifest – który by to był? I dlaczego właśnie ten?
R: Bez wahania wskazałbym „Nicości panem jestem”. Potwierdza negatywność wszechświata. Ohydną, samotną pustkę istnienia. Nicość. Kłopotliwe położenie człowieka zmuszonego do życia w jałowej, bezbożnej wieczności, jak maleńki płomyk migoczący w ogromnej pustce, w której nie ma nic poza marnotrawstwem, przerażeniem i degradacją – tworząc bezużyteczny, ponury kaftan bezpieczeństwa w czarnym, absurdalnym kosmosie. Hahaha.
A tak poważnie, numer ten powstał w jednym z najbardziej popierdolonych, ciężkich i skomplikowanych okresów mojego życia, więc mam do niego ogromny sentyment. To czysta esencja tamtych emocji — gniewu, bezsilności i nienawiści — zaklęta w dźwiękach.
W: Czy uważasz, że w twojej twórczości jest miejsce na ewolucję? Czy Havocum może kiedyś skręcić w dziwniejsze, bardziej eksperymentalne rejony?
R: Zdecydowanie uważam, że w każdej twórczości — niezależnie od formy czy gatunku — istnieje naturalne miejsce na ewolucję. Myślę, że każdy, kto tworzy, w jakiś sposób ewoluuje, i prędzej czy później jest to widoczne czy słyszalne w tym, co tworzy. Najciekawsze zmiany zachodzą wtedy, gdy są zupełnie nieświadome, kiedy przemycamy wpływy czy inspiracje wynikające z aktualnych doświadczeń, fascynacji lub przemian wewnętrznych.
Jeśli chodzi o Havocum, to jak najbardziej widzę możliwość, by projekt ten skręcił w bardziej eksperymentalne rejony. Taki krok często wynika z potrzeby oderwania się od własnych schematów, z chęci przekroczenia granic, które kiedyś samemu sobie postawiło. Myślę, że ewolucja już nastąpiła na Basement Dreams and Morbid Visions. Może nie są to jakieś całkowicie eksperymentalne rejony, ale są motywy, których kilka lat temu zdecydowanie bym nie użył. Wydaje mi się, że zabieg ten okazał się nie tylko odświeżający, ale wręcz konieczny, by nie popaść w autoplagiat.
W: Udzielasz się również w Odour of Death, Grimcult i Blasphemare. Który z tych projektów jest Ci najbliższy sercu? I kiedy możemy spodziewać się czegoś nowego?
R: Zdecydowanie to Odour of Death jest moim nr 1. Nowy materiał mieliśmy nagrany już 2 lub 3 lata temu, ale nie byliśmy do końca zadowoleni z efektu końcowego, więc zapadła decyzja, by wycofać się z wydania. Obecnie Kolan pracuje nad czymś nowym.
W: Czy kiedykolwiek myślałeś o rozbudowie Havocum do pełnego składu i wyjściu z tym na scenę?
R: Miałem praktycznie kompletny skład i zaplanowany koncert, ale straciłem salę prób, więc musiałem zmienić plany. Kto wie, może kiedyś wrócimy do tematu, jak znajdę odpowiednich ludzi, by znów zasilili skład. Choć z drugiej strony… jak widzę tych wszystkich debili na koncertach z telefonami i tabletami w górze, to aż mnie, kurwa, drgawki dopadają.
W: Pytanie od naszych telewidzów – ostatnia książka, którą przeczytałeś?
R: Z Hadesu do Valhalli.
W: Ostatnie słowo należy do Ciebie – co chciałbyś przekazać naszym kochanym czytelnikom, zanim wyłączą wywiad i sięgną po płytę?
R: Support Lower Silesian Stronghold & Bunker Studio.
Kontakt: odour.of.death@gmail.com.




