Wydawca: Art. of Propaganda Records
Harakiri for the Sky było brane na tapet przez Pathologista, przez Efa i przeze mnie. Co dziwne – ja jedyny wypowiadałem się o tym zespole naprawdę entuzjastycznie, przy okazji „Mære”. Jakiś czas temu do skrzynki pocztowej wleciał nowy album tego duetu z Austrii. I powiem Wam, że dalej ta ich muzyka mi siedzi.
Między wymienionym przeze mnie krążkiem a najnowszym „Scorched Earth” zespół nagrał jeszcze ponownie dwa pierwsze albumy – nie wiem po kiego wała, nie słuchałem. I przyznam, że gdyby nie promówka, pewnie i najnowszy album bym ominął – uwierzcie mi, przy takim nawale dobrej muzyki człowiek niespecjalnie ma ochotę kombinować i sprawdzać zepsoły, które niby się podobały, ale jakoś nie leżą w spektrum moich zainteresowań. Ot, c’est la vie. No ale skoro już „Scorched Earth” dostałem to odsłuchałem je kilkanaście razy. Z pozytywnym efektem. Jak już wspomniałem, jest to fajny, post metalowy krążek.
Jak zwykle – nie jest to płyta najkrótsza, natomiast tym razem udało zmieścić się wszystko na jednym krążku. Kto dziś ma czas słuchać tyle muzyki na raz? Ja często mam, ale jestem chyba zbyt niecierpliwy i już nie łykam jednego zespołu w takiej ilości. Wracając natomiast do Harakiri for the Sky i ich najnowszej płyty – jest to generalnie kontynuacja obranej już drogi, z mnogością wpływów i tropów. Najwięcej tutaj jest oczywiście post black metalu, przeplatanego z innymi gatunkami. Znajdzie się tutaj miejsce i na odrobinę samobójczego blacka, depresyjnego rocka, rocka alternatywnego, black metalu mgłowego, metalu melancholijnego… Sporo, prawda? Z uwagi na to zagęszczenie pomysłów mam na tym albumie swoich faworytów, ale też kawałki (lub duże ich fragmenty), do których mam stosunek ambiwalentny. Musicie bowiem wiedzieć, że kompozycje na „Scorched Earth” oscylują między ośmioma a dziesięcioma minutami.
Co ciekawe, jakby nie zważając na eklektyczność tej muzyki, cała płyta brzmi spójnie. Ale też daje pole do samodzielnej eksploracji przez słuchacza, bo poukrywano w niej sporo smaczków, wpadających w ucho riffów i kunsztu wokalnego. Zasługą na pewno jest też brzmienie, zimne, ale przyjemne. Dopieszczone. I jak nadmieniłem – dla mnie jasnym punktem są tutaj na pewno wokale – pełne dramaturgii, bardzo często ciekawie zaaranżowane. Chwilami po prostu surowe. Ale zdecydowanie to dla nich tak często wracałem do muzyki Harakiri For the Sky. I mam też wrażenie, że z albumu na album Michael radzi sobie coraz lepiej.
Dlatego też Harakiri For The Sky to taki trochę mój osobisty fenomen, bo nie powinien mi się wybitnie podobać, a jednak – przynajmniej dwie ostatnie płyty – uważam za bardzo dobre granie. Raczej dla ciut bardziej otwartych osób, ale nie przesądzam, że tylko dla tej grupy.
http://www.aoprecords.de/
https://www.facebook.com/HarakiriForTheSky





