Wydawca:  End Time of Records

Z dala od wielkiej wojny między Dandysami a Wielkimi Elektronikami metalu, które kolejną – jak zwykle zabawną – odsłonę ,mięliśmy niedawno. Nie zważając na kolejny wysryw elitarności metalu wyrzucony tym razem z jelit przez niejakiego Northazerata – to taka starsza, acz niekoniecznie mądrzejsza wersja, typa od Metal Musick Attack. Za pewne w zaciszu komórki lokatorskiej albo garażu. A może w wychuchanym domowym studio. O czym mowa? A o kolejnym dużym materiale Czarnej Magii.

Z pierwszym pełnowymiarowym krążkiem rozprawiłem 2 lata temu. Miło wtedy nie było. Czy coś się zmieniło? Kilka rzeczy. Po pierwsze – nasz bohater schował w kieszeń swoje ego i nie muszę go już podziwiać na okładce. Nie tylko w trzech, ale nawet w jednej osobie. Po drugie – dużo bardziej istotne – muzyka przestała brzmieć jak sklecona przy pomocy trytytek, taśmy i starej baby. Wciąż jest to Black Metal z tendencją do Raw. Natomiast teraz, hmm, Czarna Magia stara się odkrywać – tak wiem, jak to w kontekście wspomnianego gatunku brzmi – i grać więcej dźwięków na utwór niż trzy. Z racji niespiesznego tempa wciąż niektóre partie tego materiału ciągną się w nieskończoność. I to minus ogromny.

Jak w przypadku debiutu w wielu momentach, słuchając tych „odkrywanych” riffów, mam odczucie jakbym miał do czynienia z ekipą nielatów, którzy dopiero co założyli sobie zespół. Rzecz jasna taki co to podbije świat, a i może nawet kosmosy. Umiejętności jeszcze nie ma, ale radocha z grania owszem. I luz. Nic do tego nie mam. Natomiast z perspektywy słuchacza w przypadku opisywanego materiału nie mam ochoty z tym mierzyć . Wciąż – podobnie jak w przypadku debiutu – kompletnie nie kumam co autor ma na myśli. Ale żeby nie było. Ostatni wałek na płycie coś w sobie ma.

Nie siedzi mi też mizantropia, którą buduje tutaj, odpowiedzialny za projekt Balrog. I nie tak, że mu nie wierzę. Po prostu jest mi obojętne, co tam sobie wyrzyguje do mikrofonu. Nawiasem największą niechęć do świata budzi stanie w kolejce do kasy w Biedrze. Koniecznie ze starymi ludźmi, drobnymi śmierdzący pijaczkami, „umieść artykuł w strefie pakowania” i babami „a to nie miało być na promocji, a dlaczego nie jest, macie źle opisane, a ja nie będę za to płaciła, kupię gdzie indziej taniej”. Stop. Nie o tym tutaj.

Podsumowując – jest lepiej niż w przypadku debiutu. Wciąż nie jest to moje słuchanie. Ale z czystej ciekawości – a zapewne będę miał okazję – sprawdzę kolejny materiał. Niech to będzie ostatnia i ostateczna konfrontacja.

Ocena: 4/10

Tracklist:

01.Merciless Trap of Civilization
02.Devilish Mania of Mental Exhibition
03.Ecstatic High of Non-Existence
04.Ubiquitous Tentacles of Corruption
05.Trans Pustki
06.All Human Words Are Lies
07.Liminal Gnosis

Ef
4729 tekstów

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Final Self „Liturgy of the Final Self”Recenzje

Final Self „Liturgy of the Final Self”

OracleOracle16 października 2026
Deprive „The Archaic Summoning”Recenzje

Deprive „The Archaic Summoning”

BartBart15 października 2026
Runaway Devils „Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”Recenzje

Runaway Devils „Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”

OracleOracle14 października 2026

Skomentuj