No i się pojawił. Nowy materiał od Cultesów. I pasuje skrobnąć parę słów na jego temat. Zacznę od oczywistości. To wciąż nie jest muzyka przeznaczona dla metaluszka aranżującego swoje wnętrza przy pomocy kradzionych 1 listopada zniczy. Tak by te wysublimowaną grą świateł podkreślały one kształty jego Bernadetki Locha von Bathory. To zdecydowanie muzyka dla tych, którzy 1 listopada kradną czaszki. Koniecznie je potem oblizują. Wtedy łatwiej się do nich wosk przykleja. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że nieco tutaj mniej wszystkiego. Niestety. Mniej w tym materiale ekstremum. Mało wieje trupem i nie przylepiamy się do wszechobecnego brudu. Na szczęście mamy trans . Muzyka Cultes Des Ghoules wciąż wciąga. Tutaj dodatkowo świetną robotę robi brzmienie perkusji i basu.

Wciąż w centrum uwagi znajduje się wokal Marka, który robi co może (a jak wiadomo może sporo), żeby było obrzydliwe i strasznie. Patrząc na całość tego materiału czuję niedostatek. Nie zostałem tym razem obrzygany śmiercią.

Chociaż chciałem bronić – układając w głowie recenzję – rękoma i nogami przed zestawieniem najnowszego materiału CDG z poprzednimi, to jednak w pewnym kontekście muszę to zrobić. Wciąż Cultes Des Ghoules potrafi stworzyć przy pomocy niewielkiej liczby dźwięków utwory z których wręcz wylewa się zło. Kiedyś litrami. Teraz jakby mniej. Nie ma już w tym takiej mocy jak wcześniej. Dobra informacja – Nie ma śladu po „Coven”. Tyle w kwestii porównań.

Na większą uwagę zasługuje brzmienie. Z jednej strony dobra robota ze wspominanymi wcześniej perkusją i basem. Jednak mam wrażenie, że nieco przez to brzmienie Cultes Des Ghoules się ucywilizowało. Ciężko mi w tym momencie stwierdzić, czy traktować to jaką wartość dodaną, czy też nie. Może za jakiś czas, gdy wrócę do tego materiału, będę w tej kwestii mądrzejszy. Moim faworytem na tym materiale od pierwszego przesłuchania jest „Day of Joy”.

Skupiłem się na tym czego jest mniej w muzyce Cultes Des Ghoules. Bo też to najbardziej uderzyło mnie w tym materiale. I jeszcze jedna sprawa. Nie jest to już paniczne obmacywanie ścian w totalnych ciemnościach celem znalezienia wyjścia. Bo do tego lochu wpuszczono odrobinę światła. Na tyle, by stał się on mniej straszny. A i wyjście było widoczne.

Na pewno ten materiał zawędruje wysoko w zestawieniach w 2018 roku. Nie jestem jednak przekonany czy zmieści się w Top3. Bo konkurencja w tym roku mocna.

Ocena: 7/10

Tracklist:

01. Children of the Moon
02. Woods of Power
03. Day of Joy
04. The Serenity of Nothingness
05. Where the Rainbow Ends

Ef
4723 tekstów

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Nargaroth „Apocalyptic Steel”Recenzje

Nargaroth „Apocalyptic Steel”

PathologistPathologist12 września 2026
Tyrant Wrath „Dödsdans”Recenzje

Tyrant Wrath „Dödsdans”

OracleOracle11 września 2026
Damask „Three Times Ten”Recenzje

Damask „Three Times Ten”

OracleOracle10 września 2026

Skomentuj