Wydawca: These Hands Melt
Jak dostałem promówkę debiutu greckiego Church of The Sea, to w pierwszej chwili westchnąłem ciężko, bo opis zwiastował jakieś smętne wyziewy z dupy, do tego podlane pseudo filozofowaniem.
Tymczasem „Eva” mile mnie zaskoczyła.
A to dlatego, że miast smętów dostajemy specyficzną mieszankę elektroniki, rocka oraz maźniętą tu i tam nutą doom metalu (sami siebie określają, jako doomwave). Moje pierwsze skojarzenia, to były dalekie echa Dead Can Dance, a momentami także Kosheen. Nie ma tu szybkich temp, a raczej niespieszne melodie podlane eleganckim, damskim wokalem. Aż chce się słuchać, jak ta dama śpiewa, bo swoim głosem tak naprawdę wynosi tę płytę całkiem wysoko. Przyjemnie również robią subtelne partie gitary wspomagane tym lekko mrocznym ambientem.
In plus zaliczam również produkcję, bo jakość dźwięku jest wyborna.
I tyle. Niewiele więcej jestem tu w stanie napisać, bo i niewiele się na tej płycie dzieje. Ale to dobrze, bo ten niespieszny, subtelny minimalizm jakoś bardzo mi podszedł. Jeśli szukacie czegoś do odprężenia po ciężkim dniu, ze szklaneczką płynu, niekoniecznie wolatażowego, to Church of the Sea powinno Wam podejść. Polecam.




