Skip to main content

Wydawca; BMG

Od jakiegoś czasu dostępny jest już kolejny z boxów zawierających albumy Black Sabbath. Tym razem nosi tytuł „Anno Domini 1989 – 1995” i generalnie zawiera albumy z niedocenionej i często pomijanej ery z Tonym Martinem za mikrofonem. Ale też nie wszystkie, o czym za moment.

A więc tak – „Anno Domini 1989 – 1995” zawiera cztery materiały zagrane w składzie z Tonym. Uważni maniacy krzykną – a gdzie „Eternal Idol”?! No właśnie, człowiek trochę żałuje, że nie ma tutaj tego albumu, tak gwoli ścisłości i skrupulatności. Nie wiem dlaczego ta płyta została pominięta. Czy chodziło o uzyskanie praw od Vertigo Records – wydawcę płyty z 1987 roku? Myślę, że jest taka możliwość. Z drugiej strony sam Martin w książeczce tłumaczy, że ta akurat płyta została skomponowana jeszcze przed objęciem przezeń stanowiska gardłowego Sabbsów. No to tyle o tym, czego tutaj nie ma.

A co jest? No oczywiście „Headless Cross”, „Tyr”, “Cross Purposes” oraz “Forbidden”. Mam swoich faworytów wśród tych albumów, tak jak są tu krążki które aż tak bardzo mnie nie kręcą. Zaczynamy od „Headless Cross”. Jak dla mnie to jeden z najbardziej ponurych albumów Black Sabbath. Ciężkich i niespokojnych. Posłuchajcie majestatycznego numeru tytułowego (a przy tym bardzo purplowskiego) lub w niczym mu nie ustępującego „When Death Calls”, który po spokojnym wstępie pokazuje swoją potęgę. Lub „Nightwing”. Jakby przeciwwagą dla nich są lżejsze, bardziej przebojowe „Kill in the Spirit World” czy „Call of the Wild”, jeszcze jakby mocno eightisowe. W zasadzie dla mnie to album bez słabych momentów. Tak jak jego następca.

Czyli „Tyr”. Płyta która rozwija pomysły zapoczątkowane na „Headless Cross”. I jedna z moich ulubionych albumów Black Sabbath w ogóle. Potężny niczym uderzający w oddali piorun „Anno Domini” przerwany nagle przez szybki, heavy metalowy „The Law Maker”, jakby Black Sabbath chciało dogonić rozwiniętą już wtedy scenę speed metalową. W podobnym klimacie, jednak już nie tak szybki, jest tutaj „Heaven in Black”. Te dwa numery zdecydowanie wybijają się na tle pozostałych. O ile „Headless Cross” był albumem ponurym i mrocznym, tak „Tyr” to album iście majestatyczny – „Jerusalem”, „The Sabbath Stones” czy „Valhala” to numery niemal z wagnerowskim rozmachem zaklętym w riffach i aranżacjach Iommiego. Kocham ten krążek miłością prawdziwą i stawiam go wyżej niż kilka albumów z Osbournem.

Dlatego też dwie pozostałe płyty uważam za klasę niżej. „Cross Purposes” z jednej strony nawiązują do spuścizny zespołu, z drugiej próbują wyczuć heavy metal lat dziewięćdziesiątych, a z trzeciej – czerpią garściami z klasyki hard rocka. Może przez to jest to dla mnie płyta, która chwilami traci swoją spójność. Z jednej strony dostajemy szybki, niemal rockowy „I Witness”, a z drugiej ultra ciężki i lekko zindustrializowany „Virtual Death” (nota bene, ten numer przywodzi mi na myśl dokonania GZR z lat dziewięćdziesiątych). Posłuchajcie sobie też takiej „Psychophobia” i powiedzcie, że nie słyszycie tutaj echa sceny z Seattle z jednej strony, a z drugiej – fali ułagodzonego hard rocka z MTV… Dużo tutaj podobnych zajawek – riffy z „Back to Eden” czy „What’s the Use?” brzmią chwilami jakby Tony założył kraciastą flanelę albo czapkę z daszkiem do tyłu, żeby zgrywać rockowego luzaka, a nie Mistrza Riffów. Z drugiej strony – dzięki tym nieoczywistym jakby się zdawało źródłom, jest to album naprawdę ciekawy.

I może to też było impulsem, dla którego na ostatnim albumie nagranym z Tonym Martinem powrócili nieznacznie do korzeni – więcej tutaj moim zdaniem klasyki, mniej patrzenia na ówczesną scenę rockowo – metalową. Choć i na „Forbidden” daje się wyczuć próby odnalezienia się rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych, gdy stare gwiazdy odchodzą lekko w zapomnienie. Słychać, że Black Sabbath broni się przed zapomnieniem nogami i rękami. Otwierający całość „Illusion of Power” miażdży riffami totalnie – jeden z najbardziej posępnych numerów, przenoszący słuchacza ponad dwie dekady wstecz. Mamy tutaj też jeden z najdziwniejszych numerów w dyskografii Black Sabbath – niespokojny „Shaking off the Chains”, z rozwibrowanym riffem i połamaną melodyką. Z kolei w takim „Sick and Tired” zespół pokazuje, że ojcowie stoner metalu są jedyni. Przynajmniej na początku, bo po ciężkim, rozbujanym riffie wchodzi numer bardzo rockowy, którego w owym czasie pewnie nie powstydziłyby się tuzy z Aerosmith czy Guns ‘N Roses, oczywiście po pewnych modyfikacjach. No ale już zamykający całość „Kiss of Death” to album, który spokojnie mógłby znaleźć się na dwóch pierwszych albumach z tego boxu. Niemniej jednak z całej tej czwórki „Forbidden” przemawia do mnie najmniej.

Każdy z krążków został poddany remasteringowi i muszę Wam powiedzieć, że różnica jest słyszalna. Płyty brzmią naprawdę mocno, pewne rzeczy zostały jakby wyciągnięte bardziej, jest soczyściej. Choć oczywiście jako metalowa konserwa – nie dam się przekonać, że to zabiegi na jakie czekają metaluchy. Przynajmniej nie wszystkie, hehe.

Porozmawialiśmy sobie o muzyce, to teraz odrobinę o uczcie dla oczu. Box wydany jest bardzo ładnie, choć słyszałem już narzekania, że płyty kompaktowe wrzucone są w zwykłe kartoniki. No fakt, też wolałbym żeby każda z nich została wydana w jewelu z wkładką i tak dalej, ale widać nie można mieć wszystkiego. Szczególnie, że ten box to nie tylko płyty, ale też książeczka. Nie naj grubsza, ale na jeden wieczór do przeczytania – generalnie zawiera się w niej wspomniany okres (z pominięciem ery „Dehumanizer”), oparty na cytatach członków zespołu, ludzi z nim związanych, dziennikarzy i tak dalej. Do tego sporo zdjęć, reprodukcji plakatów i tak dalej. A także reprodukcja programu koncertu z trasy „Headless Cross” oraz plakat z okładką tej płyty. Nie wiem, czy wszystkie boxy mają to samo, czy na przykład było to dołączane losowo. Byłby to fajny pomysł dla kolekcjonerów (no i sposób na wyciągnięcie kilkuset złotych więcej z biednych kolekcjonerów, hehe). Wygląda to niemniej jednak bardzo dobrze. Oczywiście gwoli ścisłości nadmienię, że ten box ukazał się również i na winylach – zasadniczo powinny wyglądać jeszcze lepiej.

Rozpisałem się, no ale to nie jest byle EPka grindowego zespołu, a zestaw czterech płyt – dwóch doskonałych, dwóch dobrych jedynie, ale ciekawych. Jako, że te wydawnictwa osobno nie są ponoć jakoś łatwe do kupienia (ja dotychczas miałem jedynie „Tyr” na winylu oraz „Headless Cross” na kompakcie) to tym bardziej zachęcam.  

Oracle
18536 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Cryoxyd „This World We Live In”Recenzje

Cryoxyd „This World We Live In”

OracleOracle9 grudnia 2025
Lust of Decay „Entombed in Sewage”Recenzje

Lust of Decay „Entombed in Sewage”

OracleOracle5 grudnia 2025
Königreichssaal „Loewen II”Recenzje

Königreichssaal „Loewen II”

OracleOracle4 grudnia 2025

Skomentuj