Wydawca: New Aeon Musick / Mystic prod. / Nuclear Blast
Słuchaj, słuchaj uważnie co ci teraz powiem. Narobiłeś wielką kupę i sam ją teraz sprzątniesz. Do tej pory synu dzięki mnie, siedziałeś w swoim klubiku i oglądałeś na video filmy o murzynach, ale ja nie będę żył wiecznie. Nie mogę ciągle naprawiać twoich błędów i nie będę świecił oczami na mieście.
Czy najstarszy nastolatek w Polsce, wraz z Inferno i Orionem, nagrali wreszcie dobry album? „Gówno Boga” / „Boskie Gówno” – tłumaczcie sobie to, jak chcecie. Jedno jest pewne: nazwa wyjęta z dupska, hehe.
Koło „I Loved You at Your Darkest” przeszedłem obojętnie. A „Opvs Contra Natvram„, z powodu swojej plastikowości, nudziło mnie tak konkretnie, że musiałem podchodzić do tego albumu wielokrotnie.
– Ty hejterze! Po co chwytasz się więc płyt tej hordy!?
A no temu, że byłem kiedyś naprawdę wielkim fanem Behemotha. Z ich muzą zetknąłem się jeszcze w podstawówce, koło 2008 roku, gdy koledzy pokazali mi „Kake Demona„. No i tak jakoś została ona ze mną.
Gdy trochę podrosłem, to pamiętam, że buszowałem po półkach Saturna i sklepu dla idiotów w poszukiwaniu płyt, i nawet udało mi się uzbierać wszystkie pełniaki do „Evangelion” – z pieniędzy z kieszonkowego i tego, co odpaliła babcia w prezencie (gdyby tylko wiedziała, na co poszły te pieniądze…).
Najbardziej – nie ukrywam – upodobałem sobie „And the Forests Dream Eternally„, do którego bardzo lubię wracać. Uważam ją, za jedną z najważniejszych płyt w moim życiu, która wprowadzała mnie w kanony black metalu. Jednak taka „Zośka” również nie była zła, po której nastał wspomniany już – „Evangelion„, który szczególnie rozpierdala partiami perkusyjnymi.
Po paru latach przerwy (z wiadomych powodów) wychodzi: „The Satanist„, z bujającym „O Father O Satan O Sun!” i bardzo fajną trasą koncertową, bo tak – na koncerty też mi się zdarzało chodzić. Pamiętacie? Kiedyś nawet grali trasę z Blindead i Morowe (za którym tęsknię).
A potem wszystko zaczęło trącać myszką. Już pal licho figurki i inny dziwny merch. Najwidoczniej ludzie potrzebują figurek przedstawiających Nergala, etui na telefon z logo hordy i ciepłych gatek. Niektórzy by rzekli, że wpierw jest to Pan Przedsiębiorca, a dopiero muzyk. Sami sobie odpowiedzcie. A niektórych zdjęć z Instagrama i tekstów do teraz nie mogę odzobaczyć.
Dobra, bo się rozpisałem i pewnie końcówkę recki przeczyta pięć osób. Riffy na „kupie” (hehe) są bardzo „Behemothowe„. Wiem, że brzmi to nad wyraz abstrakcyjnie, ale osoby, które przesłuchały w życiu więcej niż trzy numery – zwłaszcza z nowszych dokonań – będą wiedziały, o co chodzi. Wszystko to już słyszeliście, po prostu przepakowano wszystko w nowy papierek.
Teksty – ponownie bez Pana Azarewicza. Wielka szkoda…
W zamian możecie posłuchać zapętlonego „avra kedavra”, przy którym mocno się wyszczerzyłem. Jakbym spodziewał się występu jakiegoś magika. Albo wyłapać można taki smaczek, kartkując książeczkę z tekstami:
„I for ingrate
E to eradicate
S for the scorn
U for useless
S for the shame
J for joyless
H to humiliate
S for thy son unloved„
Mastering? Ponownie na bardzo wysokim poziomie – wszystko gra i buczy. Zresztą Behemoth nas do tego przyzwyczaił (z drobnymi wyjątkami). Jednak czy jest to objawienie, skoro gdzieś się już to wszystko słyszało?
Czy któryś z utworów przypadł mi do gustu? Tak. Dwa końcowe: „O Venvs, Come!„ i „Avgvr (The Dread Vvltvre)„. Wolniejsze sekcje przeplatane chórami robią robotę, tak samo jak zamykająca cały album gitara. Ogólnie – wszystkie gościnne krzyki wypadają na duży plus.
Jednak kurde, już to wszystko gdzieś było… Wiem, powtarzam się.
Wojtuś, po prostu wyrosłeś z tej muzy!
Czas przekazać pałeczkę nowej rzeszy nastolatków chcących obcować i zasmakować „The Shit ov God„.
Żegnaj, Behemocie. Było miło Cię poznać. Dobrze, że bory zwierza są pełne…
P.S.
W Ameryce spodziewałem się samych achów i ochów związanych z krążkiem, ale patrząc na komentarze na Facebooku czy pod klipami promującymi nowy album – nawet tam zaczyna się to wszystko ludziom przejadać.




