Wydawca: These Hands Melt
Kurde, fajnie jest sięgnąć czasem po inne nisze niż tę, w której z reguł się bywa, bo można wygrzebać coś ciekawego. Problem w tym, że tak nie jest z omawianą dziś płytą.
Astraya, bo tak się zowie to dziecię, to germański zespół wywodzący się ze Stuttgartu, który produkuje muzykę nazywającą „dark rockiem”, którą to, ech, jest wypełniony po brzegi ich drugi pełniak „Atropine„.
Z opisu wynika, że to konceptualna podróż przez los, czas i kruchość człowieka, a każdy kawałek to swoiste studium misterium śmierci. Super, muzyczne przełożenie tych pomysłów, to po prostu smętne granie pełne melancholii, które po prostu przynudza. Są jakieś gitarki, perkusja i całkiem ładny wokal Meline Abele, którego melodyjność jest najmocniejszym punktem tej płyty. Niestety zawarta na „Atropine” muzyka zwyczajnie nuży i przelatuje przez głowę zostawiając po sobie echo tego przyjemnego wokalu. Może i dobrze, że nie jest to takie gówno, jak choćby to ojsrane ojszczane ładuj-mnie-w-Puppe Magnetikk, ale też zdecydowanie poniżej średniej. Raczej do pogrania w tle w klubie, gdy przy piwku bajerujecie panny/uwodzicie kawalerów.
Zapewne już zdążyliście domyślić, co myślę o Astrayi, ale powiem to wprost: nie polecam, bo mimo, iż nie jest to szajs, to możecie spożytkować ten czas na słuchanie czegoś fajniejszego.




