Dawno już nie słyszałem tak chujowej płyty, jak najnowsze wydawnictwo Abbey ov Thelema zatytułowane „Liber DCLXVI”. Po prostu aż uszy bolą, ręce się załamują a instynkt samozachowawczy każe jak najszybciej uciekać.
Skłoniło mnie to jednak do refleksji nad tym, czego w metalu tak najbladziej nienawidzę. Słitaśne melodyjki – zaorałbym. Growlujące laski – nie dziękuję (no może z dwoma wyjątkami). Power gay metal – do odstrzału. Natomiast chyba najbardziej z tego wszystkiego wkurwia mnie takie granie jak Abbey ov Thelema. Jest to pseudoartystyczne gówno zupełnie nienadające się do słuchania. Ani sekundy przyjemności nie dało mi obcowanie z tym materiałem. Jest to jakiś kompletny bałagan i zupełne nieporozumienie. Po prostu nie mogę znieść tej płyty. Nie mieści mi się w głowie jak ktoś może uważać to granie za fajne. Zupełnie bez pomysłu. Najebać ile się da wrzasków, krzyków, instrumentów, riffów bez ładu i składu. Pewnie chłopaki myślą: „jakimi to jesteśmy zajebistymi eksperymentatorami”, „jaka nasza muzyka jest wizjonerska”. Odpowiadam: „nie jest” i „nie jesteście”. Abbey ov Thelema pewnie chciałoby być jak Deathspell Omega, niestety nie ma na to szans. Nie interesujcie się zupełnie „Liber DCLXVI”, szkoda nawet transferu na ściąganie tego z Internetu.
Nie daje najniższej oceny, bo chłopaki są ze Słowacji a ja lubię słowackie piwo hehe. Ale dobra rada dla zespołu: zajmijcie się, czyś innym.
Ocena: 2/10
Tracklist:





