Wydawca: Selfmadegod Records
Nie wiem czy chłopaki z HIV wiedzą, ale tę nazwę zaklepał sobie dawno temu jeden zespół, ale ostatecznie zmienił ją na inną. Na Guns N’ Roses.
Taka ciekawostka, a teraz lecimy z polskim zespołem o nazwie HIV. Muzycy, którzy go tworzą z pierwszej łapanki nie są. Jakoś wcześniejszy materiał przeszedł mi koło nosa, ale dwójeczka już trafiła w me żądne grindu łapska. „The Bright Side of Everything” to dokładnie taki właśnie grind jaki lubię i jakiego potrzebuję. Totalnie odschoolowy, z numerami krótkimi – ale nie zbyt krótkimi, z pierdolnięciem, bujnięciem i czym tam jeszcze chcecie. HIV uderza w totalnie oldschoolową nutę – Terrorizer, Defecation, wczesny Napalm Death czy Extreme Noise Terror kłaniają się w pas. Ten album trwa niewiele ponad kwadrans, zamyka się w osiemnastu numerach – innymi słowy mamy przepis na zajebisty albu grindcore’owy zagrany idealnie pod mój gust. Żadnych intr, przeszkadzajek, sampli – po prostu czyste grindowe hopsasa, kto nie skacze ten jest luczyk i inne takie historie. Czysty żywioł, choć oczywiście oryginalności tutaj za grosz – za to zabawa przednia. I o to przecież chodzi w tym graniu, prawda? Więc jeśli się zastanawiacie, czy warto sięgnąć po HIV – oczykurwawiście.
Bo z tym albumem jest jak z Waszym pierwszym razem – szybko, krótko, nie wiecie nawet kiedy się skończyło, ale generalnie było fajnie i chętnie byście to powtórzyli.
Ocena: 8/10
Tracklist:




