Wydawca: Thrashing Madness Productions
I tu przyznam, żem zaskoczony, bo o ile kojarzyłem wcześniej chyba wszystkie wydawnictwa, które Leszek wznowił pod szyldem Thrashing Madness Productions, o tyle Leviathan to ja chyba nawet z nazwy nie znałem.
I właśnie po to są takie reedycje, jak opisywana właśnie „Memento Mori / C’est la Vie”. Sam byłem ciekaw co też tutaj dostaniemy – szybko się więc przekonałem, że to jest dobry thrash/death metal, gdzie trochę inspirowali się niemieckim Destruction zapewne, a trochę z innej mańki, sceną brazylijską. A przynajmniej jeśli mowa o dziesięciu numerach z pochodzącego z 1990 roku demo „Memento Mori”. Wydany dwa lata później materiał „C’est La Vie” w zasadzie trzyma się tej samej ścieżki, ale jakby mocniej skręcając w death metalowa stronę. Trochę mniej tu thrash metalowych łamańców, a więcej wściekłego deciora. Zresztą, nie tylko pod względem kompozycyjnym, sama produkcja też jest jakby mocniej osadzona w tym gatunku, bardziej zbasowana. Aż dziw, że nie poznałem tej kapeli wcześniej, nawet jakoś mi się nie kojarzy, żeby okładka przewinęła mi się przed oczyma. A przecież chłopaki tak pięknie masakrują. Zdarza się jednak że heheszkują chłopaki, wiadomka – nie wszyscy to lubią, ale co tam, żenady nie było, nawet w bonusowym „Nasza wódka niebieski kolor ma”, hehe… Na koniec dostajemy jeszcze kawałki z demówki nagranej pod szyldem Lewiatan (dopiero potem się zamerykanizowali na Leviathan, heh…) – choć tu brzmienie jest dość kiepskawe i raczej stanowi zapis kronikarski niż miałby być jakimś artystycznymi walorami wielce nacechowany. Oczywiście jak to bywa przy wydawnictwach tego typu, tak i wznowienie Leviathan można pochwalić za bogatą książeczkę ze zdjęciami, wywiadem i flayerami.
Cóż, może panom i paniom, którzy dziś mają czterdzieści plus zrobi się całkiem miło na wieść, że „Memento Mori / C’est la Vie” są znów dostępne. Inni mogą zaś dotknąć (a raczej posłuchać) kawałka historii polskiego podziemia.
Tracklist:





