„To chłopiec!” – krzyknąłem ze łzami w oczach – „Nie mogę w to uwierzyć, to chłopiec!” – krzyczałem dalej biegnąc korytarzem. I to właśnie był moment, w którym postanowiłem wcześniej wrócić z wczasów w Tajlandii.
Jak widać, rozczarowania trafiają się zawsze, a często w najmniej oczekiwanym momencie. Ja tak właśnie miałem w przypadku najnowszego krążka Abominant. Bardzo lubiłem ten zespół, w zasadzie mam kilka ich krążków i słucham ich z przyjemnością. Na wieść o ukazaniu się „Napalm Reign” przyklasnąłem więc w rączki z radością. Włączyłem promo i słucham. Nic się nie zmienia! Pierwsze dwa numery – huraganowy death metal, sunący niczym czołg po kościach nieprzyjaciół. Myślę sobie – pójdzie lekko, szybko wystawię wysoką notę a potem będę wracał doń często. A tu nagle wchodzi numer trzy – „Iron Clad”. Leciutka gitarka, czysty wokal, patatajowe tempo… Myślę sobie – cover, a pewnie nie kojarzę oryginału. Nic dziwnego pewnie, bo numer taki sobie. Potem dostajemy kawałek czwarty, „Hordes of Desolation”. I tu jakaś melodic death metalowa gitarka, jakieś klimatyczne zwolnienie… Co jest kurwa?! Kolejny kawałek – ok, klasyczny death metal, do jakiego nas przyzwyczaili. A potem znów numer zatytułowany „The Watchers” i znów dostajemy heavy/thrash metalowy kawałek obleczony w brzmienie z death metalowymi naleciałościami. No kurwa, nie rozumiem – coś jakby Judas Priest chciało nagle mieć sound jak In Flames. Serio, to jest żenujące. Nie wiem, dlaczego niby kapela o potwierdzonej już bądź co bądź pozycji w podziemiu sili się na takie nieudane eksperymenty? Jeśli mają ochotę pograć sobie coś lżejszego, czemu nie – ale po co jako Abominant? I jeszcze mieszać te kawałki z dobrymi death metalowymi strzałami? Psuje to odbiór całości, bo przez to „Napalm Reign” robi się tak cholernie niespójna i odbiera przyjemność ze słuchania nawet tych kilku czysto death metalowych wałków. Owszem, na końcu jest cover Exciter – ale jest to cover jak sama nazwa wskazuje i jest na końcu, a nie autorski kawałek. No ja ogólnie jestem rozczarowany cholernie.
W związku z powyższym, odradzam Wam zakup tego albumu bo po co? Zapłacicie za pełen krążek, żeby posłuchać 4 utworów death metalowych, a resztę będziecie przewijać? Z ciężkim sercem, ale do ścieku…
Ocena: 4/10
Tracklist:





