Wydawca: Hell’s Headbangers Records
Postawię sprawę jasno. Jak lubię wszelkie punk/metalowe pierdolnięcia tak moim skromnym zdaniem nowy album Barbatos uważam za duże rozczarowanie. A teraz uargumentuję swoją tezę. Albo i nie.
Zawsze lubiłem tych jebniętych skośnookich skurwysynów, zwłaszcza z nagrań na żywca, które śmierdziały na kilometr rozlanym piwskiem, krwią, spermą i sam dobry bóg na niebie raczy wiedzieć czym jeszcze. Z tym większą ochotą wziąłem się za recenzowanie „Straight Metal War” i z tym większym smutkiem piszę poniższe słowa. Rozumiem, że pijacka, zbereźna konwencja w jakiej porusza się Yasuyuki z kompanami wręcz obliguje do prostactwa kompozycyjnego, produkcyjnego i tak dalej. Ale bez przesady. Brzmienie „Straight Metal War” jest wyprane z resztek czegoś, co w wielu recenzjach nazywałem „mocą”. Jest cienko, płasko – to nawet nie jest surowe, to jest po prostu kiepskie. Punk/speed metalowe riffy w ogóle nie wpadają w ucho, brak im nośności, charakterystycznej dla innych nagrań tego zespołu, czy w ogóle kapel z nurtu zbliżonego do Barbatos. Gwoździem do trumny jest wokal. Pierwsze dwa numery jest jeszcze OK, dostajemy może nie najlepszy, ale skrzekliwy, agresywny wwokal. Potem już jest gorzej, zdecydowanie gorzej. Coś co pewnie miało być celowym fałszowaniem z miłym, luzackim rock’n’rollowym akcentem jest jednak wyciem, któego moje uszka zdzierżyć nie mogą. Serio, ani ten wokal śmieszny, ani z klasą. Serio, ta płyta mnie irytuje wręcz – chwilami czuję nawet zażenowanie. No chyba, że to ze mną jest coś nie tak, bo Barbatos nagrał świetny krążek, a jeden chuj z kraju odległego o osiem i pół tysiąca kilometra w linii prostej się przypierdolił, bo jest za głupi i nie rozumie.
Ja dziękuję za taki metal.
Ocena: 3/10
Tracklist:




