Słaby ze mnie wielbiciel technicznego śmierć metalu, ale dobre płyty (wydaje mi się) umiem docenić. Tak jak ostatnio spodobało mi się najnowsze dzieło Origin tak i nie mogę przejść obojętnie obok najnowszego wydawnictwa Deivos.
Powiem szczerze: przed wydaniem „Theodicy” ci sztukmistrze z Lublina byli mi nieco obojętni, widziałem ich kilkakrotnie na żywo. Z nowymi wydawnictwami starałem się na bieżąco zapoznawać, ale że jakimś fanatykiem death metalu nie jestem, więc i z ich muzyką było mi często nie po drodze. Najnowsze dzieło diametralnie zmieniło moje podejście do tej kapeli. „Theodicy” to naprawdę kapitalny materiał. Słucham już pewnie z dwudziesty któryś raz tej płyty i dalej nie mogę przestać się zachwycać. Cały czas mnie to granie czymś zaskakuje: tu zmiana tempa, tu jakiś sampel, tu jakiś elektroniczny udziwniacz. Dzieje się tu niesamowicie dużo, ale nie na tyle, żeby przytłoczyć. Każdy element ma swoje miejsce i każdy pasuje. Słuchając tego materiału mam skojarzenia z pierwszymi wydawnictwami naszej rodzimej Traumy. Z tych zamierzchłych czasów, kiedy muzyka panów z Elbląga nie trąciła jeszcze plastikiem. Dlatego też tak dobrze słucha mi się kolejnej płyty Deivos: jest to coś nowego i odkrywczego a jednocześnie kojarzy mi się z tym, co było najlepsze w DM ery przed plastikowej hehe. Jestem naprawdę głęboko poruszony tą płytą i nie spodziewałem się, że cokolwiek opatrzone metką „techniczny death metal” z polskiej ziemi zrobi na mnie takie wrażenie.
Płytę proponuje wiec jak najszybciej nabyć. Radzę też stawić się na jeden z ich gigów podczas majowego objazdu naszego pięknego kraju. Ja, natomiast rozkładam się wygodnie w fotelu, otwieram drugie piwko i po raz kolejny oddaje się we władanie dźwięków z „Theodicy”.
Ocena: 9/10
Tracklist:
| 1. | Theodicy | ||
| 2. | El Shaddai | ||
| 3. | Ochlocracy | ||
| 4. | Mandatory Mayhem | ||
| 5. | Amor Sui | ||
| 6. | Parasite |





