Wydawca: Debemur Morti Productions
Trzeci album Archgoat brzmi niczym rozgrzana lawa spływająca w głąb mojego czarnego serca. Tak Wam napiszę już na wstępie, żeby potem nie było niedomówień.
Już od okładki Chrisa Moyena słuchaczowi cieszy się gęba, o ile oczywiście lubi ten klimat. Ja lubię – już nawet przy okazji Morbosidad komuś się podobała się sympatia, jaką darzę tego typu satanistyczne ejakulację. Chuj mu w dupę. Ja słucham „The Apocalyptic Triumphator” i czuję się, jakbym znów poznawał „Drawing Down the Moon”. Zwłaszcza przy takim „Grand Luciferian Theophany” albo „Sado-Magical Portal”, ale nie tylko. Prostota i chora agresja to główne atuty trójeczki Archgoat. Do tego całość brzmi wyśmienicie – mocno, a jednak prymitywnie. Do tego dorzucono oklepane motywy – dzwony, chorały gregoriańskie, kwiczenie świń… Niby nic, a wrażenie robi ogromne. Albo może inaczej – spełnia swoją rolę, czyli dodanie nutki specyficznego klimatu. Archgoat napiera na słuchacza jak taran, rozrywając i miażdżąc to co stawia opór na swojej drodze. Raz robi to w tempie szybkim, nieliczącym się z niczym i nikim, innym razem w wolnym i jakimś takim sadystyczno – dostojnym. Ale zawsze skutecznie. To jest taka esencja black metalu, która wciąż – mimo tylu lat, ile liczy sobie ten gatunek, powinien odrzucać słuchacza, który nie przywykł do tego rodzaj u ekspresji.
Taki black metal lubię. Obskurny jak anal z dziewicą Maryją. Kurwa, niniejszy album to bardzo mocne rozpoczęcie nowego roku bękarta 2015.
Ocena: 10/10
Tracklist:




