Wydawca: Pagan Records
Powoli Furia zaczyna się robić projektem jeszcze oryginalniejszym niż była dotychczas, co jednych cieszy, innych wkurwia. Jeszcze inni o tym muszą pisać, hehe.
Ostatnimi czasy bowiem Ślązacy nie spuszczają z tonu. Co prawda drugi album mieścił się jeszcze w kanonach metalowej normy, tak już następne wydawnictwo niekoniecznie. Bo nie każda kapela wypuszcza limitowaną płytę, która zawiera kawałki odegrane pierwszy i ostatni raz podczas sesji w studio. Mowa o „Huta Laura/Katowice/Królewska Huta”. Teraz przyszła zaś kolej na minialbum „Halny”, który też taki zwyczajny do końca nie jest, ponieważ zawiera jeden długaśny utwór tytułowy. Kto zna muzykę Furii, ten wie, że nietuzinkowe to granie. „Halny” rozpoczyna się niespieszną, spokojną gitarą. Po dłuższej chwili swoją obecność zaznacza perkusja, w końcu dochodzi wokal. Nad całością unosi się znany duch Furii, ale jak na moje ucho – ostro zaprawiony jazzowym feelingiem. Trudno mi to opisać, ale odnoszę wrażenie, że „Halny” to coś na kształt black metalowego free style’u, w którym elementy black metalu noszą znamiona jazzowej improwizacji i oczywiście „furiackiej” melodyki. Dynamika tego numeru na pewno może kojarzyć się z rzeczonym wiatrem – raz zwalnia, raz przyspiesza, czasem przechodzi w olbrzymią wichurę, nigdy jednak całkiem nie milknie. W odróżnieniu do „Grudzień za Grudniem”, do którego to jeszcze nie mogę się całkiem przekonać, „Halny” wciąga i intryguje – choć pozornie to tylko jeden utwór.
Nie ważne, że zabrzmię w tym momencie jak jeden z chóru pochlebców, ale Furia zaproponowała ponownie bardzo ciekawy utwór, koncept, sam nie wiem jak to nazwać. Szkoda byłoby przegapić tą płytkę.
Ocena: 9/10
Tracklist:
1. Halny



