Gdy pierwszy raz odsłuchałem płytę Aurora Borealis myślałem, że to jakaś młoda kapelka, a tu się okazuje, że to stare konie, zaś „Worldshapers” to ich już szósty album w ponad dwudziestoletniej karierze.
Zmyliło mnie to dlatego, iż muzykę tego typu zwykły grać raczej młode zespoły – mianowicie miks black metalu i death metalu. Co tu słychać przede wszystkim? Morbid Angel, Behemoth, Nocturnus, odrobinę melodyjnego black metalu. Taki miks dość zaawansowany technicznie – słychać, że zespół tworzą przede wszystkim instrumentaliści, którzy chcą zrobi pożytek ze swoich palców, a nie tylko jebać trzy te same riffy w kółko, żeby mieć jedną rękę wolną do trzymania puszki z browarem, hehe. Całość jest krystalicznie wyprodukowana, więc nikt krzywił się nie będzie, że ma piach między zębami. Wpada w ucho, więc nie będzie narzekania, że to tylko kurwa hałas. Ładna komputerowa okładka zapobiegnie narzekaniu, że front cover zdobią infantylne gryzmoły. Teoretycznie – płyta, która powinna się podobać – w praktyce trafiła na mnie jednak i zapewne wsadzę łyżkę dziegciu tam gdzie konieczne. To nie jest zły album, nic jednak nie czuję słuchając muzyki Aurora Borealis. Jest to dla mnie zbyt wypolerowane i ułożone granie – tak jakby nie było tu miejsca na odrobinę przypadku, zaplanowane w szczegółach. A w moich oczach (a raczej uszach), takie płyty zawsze trochę tracą. Od biedy je posłucham, ale pod koniec zazwyczaj wodzę oczami po półce w poszukiwaniu jakiejś srogiej siary, smoły i nakurwu. Ale na pewno część czytelników nie podzieli mojego zdania i dla nich właśnie jest ta płyta.
A nauczka na przyszłość – jak to mówią z tyłu liceum, z przodu muzeum, hehe. Okazuje się, że i stare kapele lubią grać jak młodziki. To tak na marginesie.
Ocena: 6/10
Tracklist:





