Wydawca: Godz ov War Productions
W czasach kiedy panuje moda na wszelakie eksperymenty oraz poszukiwanie nowych ścieżek w muzyce, może czasem, a nawet częściej niż czasem, zachcieć się czegoś tradycyjnego. I taki właśnie jest nowy album rodzimego Hexenaltar.
Wydany w tym roku, pod czułymi skrzydłami Potężnego Wydawcy, pierwszy pełniak warszawskiego Hexenaltar nie przeciera nowych ścieżek, nie poszukuje sensu, czy stawia jakieś istotne pytania. On wjeżdża z buta na pełnej, wyjebując drzwi z framugi i napierdala pasem, aż huczy. I co ciekawe, nie walą jakąś chamską kalką, bo czuć włożony w to własny pierwiastek. Po same pomidory włożony.
„Descending Curse” otwiera naprawdę dobre intro na klawiszach przywodzących na myśl stareńkie horrory, które z czasem nabiera rumieńców, by płynnie przejść w riffową arcychłostę w „Maledictus Abyss”. Jest agresywnie, dziko oraz bezkompromisowo, czyli to, co maniax lubią najbardziej. W sumie podczas słuchania nasuwały mi się skojarzenia z wczesnym Destroyer 666, czy momentami z Bathory, a więc było pite z dobrych źródełek. Riffy i bas solidnie batożą, pod razami wymierzanymi przez perkusję, a ja dodatkowo propsuję lekko charczący wokal, który zdaje się tu idealnie pasować.
Płyta jako taka wad nie ma. Brzmienie piękne, młócka solidna, ale nie mam wątpliwości, że raczej nie zawojuje ona szczególnie podziemia. Niestety, „Descending Curse” choć serwuje nam danie swojskie i lubiane, to jednak nie jest to na tyle wyjątkowy sposób podania, by zapadało ono szczególnie w pamięć.
Ale może to i dobrze. Zamiast kolejnego wymuszonego „arcydzieła” mamy solidnego średniaka z tej nieco wyższej półki, który choć nie rozpali ognia w serduszku, to jednak zaserwuje solidną dawkę metalu do posłuchania. Warto obadać.




