Wydawca: Nuclear Blast Records
Są zespoły, które nigdy nie zawodzą. Tacy tytani gatunku, którzy za każdym razem, gdy coś nagrają, to zawsze będzie to świetne i będzie się podobać, nawet jeśli styl będzie ten sam. I takim tytanem jest Immolation ze swoim tegorocznym pełniakiem.
Ano jo, „Descent” nie zawodzi. Można się przyczepić, że to i tak za każdym razem to samo, więc trzymają się bezpiecznej formuły, ale wszyscy wiemy, że z tą formułą (fatalną dla mięsa), bywa raz lepiej, raz nieco gorzej. Nigdy chujowo, to prawda, ale nie każdy pełniak doskakuje do tego samego poziomu poprzeczki. Poprzednie dwa takie były, co sprawiło, że raczej mnie znużyły już, dlatego też do tegorocznego wyziewu poodchodziłem ostrożnie.
Tymczasem „Descent” z miesca chwyciło mnie mnie za serduszko. Bo jest i czym chwytać. Riffy brzmią potężnie i apokaliptycznie już od pierwszego kawałka. Każdy z nich, to samodzielny, potężny akt bluźnierstwa, a wspomaga je przedokurwiona perkusja. Serio, te uderzenia brzmią potężnie niczym schodząca z gór lawina. No i wokal. Wiadomo, Dolan, to jest bóg growlu i w szkołach death metalu małe kuce mają go za wzór, jak powinien brzmieć metal śmierci, ale tu włożył całe serce. Gdzieś mignął mi fragment wywiadu, że podczas nagrywania porykiwań na „Descent”, czuł burzę emocji w sobie, co słychać. Jest nie tylko grobowo i ciężko, ale też czuć zagładę oraz przepotężne wkurwienie w tym głosie. PYCHA! Kwintesencją tych wspaniałości jest kawałek „Host”. Kurwa, moim pierwszym zetknięciem się z Immolation było „Majesty and Decay”, które mnie rozjebało, jak ukraiński dron ruską piechotę. I tenże „Host”, po tylu latach przywraca mi to uczucie górującej nade mną potęgi, która depcze na krwawą miazgę, nawet nie oglądając się, co jest pod nią. Gitary i perkusja napierdalają z takim ciężarem, że to powinno być odczuwalne w skali Richtera, a jak wjeżdża wokal, to klękajcie narody. Propsuję do tego pod koniec za czysto instrumentalne „Banished”, które poprzedza ostatni, tytułowy utwór.
Wad tu nie ma w mojej ocenie, ale jak ktoś będzie chciał się przyczepić, bo jest jebanym marudą, to powie, że to po prostu znów Immolation. I tyle.
No tak kurwa, to Immolation właśnie, ale jak wspomniałem na początku: są lepsze i gorsze płyty, ale „Descent” jest zdecydowanie jedną z tych lepszych. W opór polecam, pozycja obowiązkowa w tym roku.




