Wydawca: Rune Serpent Europa / The Circle Music


Pamiętam, że jak zetknąłem się z pewnym tworem Nigra Necis, który swoim poziomem muzyczym (i nie tylko) szurał po dnie zjadając muł, stwierdziłem, że śpiewać i grać faktycznie każdy może, ale nie każdy powinien. A tak się ma sytuacja z albumem „Laudans Deum” fińskiego Puppe Magentik.

Samo Puppe Mangetik (znam język niemiecki, ale że jestem prostym człowiekiem, to kisnę za każdym razem) to projekt niejakiej Ainy Virtanen. Dama owa skończyła konserwatorium muzyczne parając się wokalem, skrzypcami oraz pianinem, a omawiany dziś album jest efektem jej próby odkrycia operetki z lat 1920-1930 oraz następującej po niej prac kompozycyjnych w jakimś starym domu na fińskim wypizdowie.

Tyle wstępu. Ja po takim opisie oczekiwałem swoistych eksperymentów muzycznych, ale na wysokim poziomie. Zabawy dźwiękiem, wariacji na temat znanych motywów, jednakże zapomniałem, że to współczesna kompozytorka. A współcześni kompozytorzy mają częste tendencje do nagrywania pojebanych gówien, które nie stały koło muzyki i mają czelność nazywać to sztuką oraz eksplorowaniem świata dźwięku, choć prędzej jest to świat okrężnicy, bo tego typu ekstre… eksperymenty, są w większości muzyczną sraczką. Żeby nie było, że chuja się znam, to zaskoczę Was. Mam za sobą spory kawałek czasu w szkole muzycznej oraz niezgorsze wykształcenie na tym polu, a z nim wiązała się konieczność obcowania nie tylko z przewspaniałymi klasykami, ale także właśnie z taką współczesną wizją grania, co od zawsze wywoływało we mnie równie wielką nienawiść, jak pewnego malarza do lokalnej grupy sklepikarzy oraz bankierów.

I Puppe Magnetik dokładnie podpada pod tę smutną kategorię. Już pierwszy kawałek serwuje jakieś bieda klawiszki podlane „nawiedzonym” wokalem. Dobra, akurat głos babeczka ma dobry, ale co z tego, jak reszta jest bsłaba, jak niemowlę jeża. A im dalej, tym gorzej. Są jakieś zaśpiewy, ambienty, powraca też wokal, a ja czuję, że wybitnie się męczę. Jeśli miało to być niepokojące i w jakiś sposób porywające duszę, to faktycznie udało się, bo niepokoiłem się, czy długo jeszcze muszę tego słuchać, i dusza ma odpływała w kojące rejony, byle tylko uciec od obcowania z tym albumem. Dobra, jest jeden, dosłownie JEDEN, utwór, „The Labirynth”, który zdradza, czym ta płyta mogłaby być. Nieco mrocznym ambientem z onirycznym klimatem. Mogłaby, ale nie jest, bo to zlepek kiepskich pomysłów w równie kiepskim wykonaniu.

Omijać, bo szkoda czasu na takie smęty.

Bart
775 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026
Massteron „Second in the Spheres”Recenzje

Massteron „Second in the Spheres”

OracleOracle14 września 2026
Nargaroth „Apocalyptic Steel”Recenzje

Nargaroth „Apocalyptic Steel”

PathologistPathologist12 września 2026

Skomentuj