Pierwsza wojenna ejakulacja Clactonian stała się kilka dni temu faktem. Stąd też nadeszła pora na recenzję na łamach schabów z Kejosa, ponoć takie grzańsko to miód na nasze uszy.
A ja powiem – i tak i nie. Jeśli jest dobre – to jak najbardziej tak. Jeśli nie jest – no to taki chuj. A jeśli jest takie sobie, no to tak sobie. W przypadku Clactonian i taśmy „Dea Madre” jest mniej więcej tak jak w ostatnim przypadku, choć z pewnym pozytywnym spojrzeniem w przyszłość. Włosko – fińska kooperacja nie wysiliła się bowiem zbytnio w przypadku tej demówki i zaprezentowała nam jedynie trzy autorskie numery i cover Von. Zresztą wybór zcoverowanego bandu powinien Was nakierować na inspiracje zespołu. Poza nimi oczywiście Blasphemy, Black Witchery i im podobni.
Kierunek jest więc generalnie dobry, ale moim zdaniem pasuje jeszcze popracować nad samymi kompozycjami. Owszem, są surowe i bestialskie, ale jeszcze czegoś im w moim odczuciu brakuje. Jakiejś siły, która cechuje inne zespoły z tegoż sortu. Nie ma tu może i tragedii, ale po prostu po odsłuchu nie mam ochoty na powrót do „Dea Madre”. Inna rzecz że to demo to zaledwie dwanaście minut muzyki – wystarczy, by zaprezentować kapelę. Po takiej prezentacji pewnie będę sprawdzał kolejne materiały, ale też nie będę się zabijał w drodze po preordery na ten przykład.
Jak na razie jest bowiem tylko solidnie. Obecność w undergroundzie zaznaczona, zobaczymy co dalej się stanie.
https://facebook.com/clactonian.metal





