Wydawca: Vrykolas Productions
Ostatnio sporo dobrego black metalu kręciło się w moim odtwarzaczu, ale człowiek nie zawsze ma tak dobrą passę, jakby sobie życzył. Bo bardzo dobre albumy są przerywane takimi strzałami jak na przykład debiut Sprengkopf.
Który może nie jest zły, ale na tle takich strzałów jak Manii, Baxaxaxa czy Hell’s Coronation, by wymienić tylko kilka wypada raczej blado. Sprengkopf to band z Singapuru, który według twórców gra apokaliptyczny black metal. Jeśli apokalipsa w jakiś sposób kojarzy się Wam z Impaled Nazarene to jesteście blisko. Moim pierwszym skojarzeniem w zderzeniu z siedmioma numerami zawartymi na „Sprengkopf” była właśnie ekipa Mikki. Innymi zaś to Immortal czy szybkie, diabelsko – czołgowe płyty Marduk. Wzorce jak Szatan przykazał, jedynie z przełożeniem tego Sprengkopf ma trochę problem. Te numery są agresywne, szybkie i bezlitosne, ale zarazem wypadają z głowy w równie szybkim tempie. No i jakoś mi nie leży produkcja tego krążka zbyt – wokale za bardzo wysunięte, cała reszta gdzieś w tyle… No fajnie, że gość wierzy w swój wokal, heh. Ja tam jednak słyszałem takich zespołów od chuja i trochę więc taki Sprengkopf nie wywiera na mnie wielkiego wrażenia.
Ot, typowy black metal w określonym stylu, który zadowoli mniej wymagających fanów (specjalnie użyłem tego słowa) gatunku, którym wystarcza napierdol i diabelski imidż. Jeśli zaś szukacie w black metalu czegoś więcej, możecie sobie śmiało odpuścić.
Ocena: 5/10




