Oracle: Hailz! Na początek pytanie, może z czapy, może nie – uważacie się za szczęśliwych ludzi? Bo muzyka jaką zaprezentowaliście na „Kamieniach” powiedziałaby o Was raczej coś zgoła innego…
Tomasz: Szczęście to tylko słowo. Nie wiem, czy jesteśmy szczęśliwi, gdyż nie znam żadnych uniwersalnych kryteriów szczęścia, ale jesteśmy pogodnymi, wrażliwymi ludźmi, którzy w bałaganie codzienności starają się odnaleźć jakiś porządek i w niego uwierzyć.
“Kamienie” powstawały długo. Mieliśmy chwile zwątpienia i załamania. Brakowało nam sił, motywacji, traciliśmy czas, pieniądze, gubiliśmy po trochu sens. Potem na domiar złego przyszło rozstanie z poprzednią sekcją rytmiczną, szukaliśmy nowych muzyków. Wreszcie pojawił się Tomek i Michał. Oni natchnęli Gorycz nową siłą, nowego rodzaju emocją, uwierzyli w ten materiał, który przecież w 90% powstawał bez ich udziału. Wydaję mi się, że to słychać na tej płycie. Podczas pracy nad nią wydarzyło się dużo złych rzeczy, a kiedy człowiek jest wrażliwy, złe rzeczy łatwiej się do niego przyklejają i długo potem nie chcą się odkleić.
Jesteśmy zupełnie zwyczajnymi facetami. Owszem, często się smucimy, martwimy i narzekamy, (trudno tego nie robić, żyjąc w Polsce), ale potrafimy też cieszyć się życiem, śmiać głośno do siebie i doceniać to, że mamy obok rodzinę, przyjaciół, na głowy nie spadają nam bomby, a w kranie płynie woda zdatna do picia. To niezwykłe, że w tej wielkiej sumie przypadków życiowych udało nam się ze sobą spotkać, zaprzyjaźnić i grać muzykę, którą kochamy. Nie wiem, czy jesteśmy szczęśliwi, ale na pewno mamy dużo szczęścia. Zresztą to właśnie muzyka sprawia, że mamy własną przestrzeń do przeżywania tych wszystkich stanów i wyrzucenia ich poza siebie.

O.: Dla mnie Wasz krążek był jednym z jaśniejszych punktów w zeszłym roku. Nie mówię tu o scenie polskiej tylko, ale o albumach, jakie przewinęły się przez mój odtwarzacz w ogóle. Nie widziałem też raczej, żeby komuś Wasz album nie przypadł do gustu. W dzisiejszych czasach i epoce wylewającego się zewsząd hejtu to już samo w sobie jest raczej sukcesem, nie sądzisz?
T.: Bardzo dziękuję za miłe słowa. To niezwykle przyjemne uczucie usłyszeć czy przeczytać coś pozytywnego o swojej pracy, bo przecież nagranie płyty to mnóstwo roboty. Czasy nie sprzyjają kontemplowaniu muzyki, zatem jeśli ktoś poświęca swój własny czas, słucha płyty, przyjdzie na koncert i jeszcze chce o tym porozmawiać, to już jest sukces. Zawsze będę za to wdzięczny. Masz rację, że hejt internetowy jest smutnym znakiem czasów i choć rozum podpowiada, żeby się niczym podobnym nie przejmować, to serce czasami boli.
O.: Mimo samych pozytywnych reakcji na Waszą muzykę, słuchacze mają jeden „problem” – szczególnie osoby, które mają dość zamknięte wyobrażenie o muzyce – cholernie trudno Was zaszufladkować. Ja tam sobie na własne potrzeby przyjąłem, że gracie post – black / sludge choć wiem, jak bardzo kulawa to łatka w zderzeniu z „Piachem” czy „Kamieniami”. Wydaje mi się jednak, że to chyba o to Wam chodziło?
T.: Trochę tak. Nie lubimy szuflad. Nie może słuchaczowi być zbyt łatwo. Zależy nam na wzruszeniach, nie na byciu true itp. Można przyjąć, że uprawiamy muzyczny synkretyzm gatunkowy :), ale, pisząc poważnie, staramy się kwestionować to, co podpowiada muzyczny nawyk. Kiedy zbyt łatwo wpadasz w zachwyt nad jakąś frazą lub nad jakimś riffem czy aranżem, to znaczy, że trzeba się temu przyjrzeć, żeby to zakwestionować, podważyć. Nie wolno nam trzymać się schematów. Bardzo dużo dyskutujemy o muzyce, bardzo dużo słuchamy, ale muzyki z kompletnie różnych rejonów i dziedzin. Potem wymieniamy się spostrzeżeniami. Tak rodzi się muzyka Goryczy. Jesteśmy czterema różnymi ludźmi, o różnych doświadczeniach życiowych, różnych pasjach, różnych oczekiwaniach i marzeniach. Każdy ma obszar do zagospodarowania, każdy jest autonomiczny, każdy szuka samego siebie w tym zespole. To pozwala nam cieszyć się swoją obecnością. My po prostu lubimy spędzać ze sobą czas i chcemy grać muzykę, nie gatunek.
Szufladki oczywiście są potrzebne, słuchacz chce wiedzieć, czy płyta, którą mu ktoś polecił będzie odpowiadać jego muzycznym gustom, niemniej jednak wolałbym, żeby Gorycz była traktowana jako zespół muzyczny z pogranicza wielu gatunków niż przypisany do jakiegoś jednego konkretnego..
O.: Może i to sztampowe pytanie, ale tak w zasadzie – jak zrodził się pomysł na Gorycz? Ten zespół odstaje od waszych wcześniejszych formacji w sposób dość znaczący…
T.: To dość długa opowieść ( masz czas? :)) Kiedy wygasił się A.E.O.N. (An extravagance of norm) Przemek i Krzysiek przeszli do Non Opus Dei. Ja zostałem bez zespołu. Nasze drogi trochę się rozeszły. Non Opus Dei wydawał split z Morowe potem wychodziła płyta „Diabeł”. Przemek i Krzysiek włożyli pracę i serce w ten zespół i w tę – bardzo dobrą zresztą – płytę. Niestety coś w zespole zaczęło szwankować, pojawiły się nieporozumienia, ujawniła się niezgodność charakterów, różne wizje rozwoju itp. Przemek odszedł z Non Opus Dei zawiedziony i zniechęcony do grania muzyki. Wtedy dużo rozmawialiśmy, gdyż przyjaźnimy się od lat i -prawdę mówiąc – ja go namówiłem na spróbowanie czegoś pod innym szyldem. Bez zobowiązań i oczekiwań, bez jakichkolwiek założeń. Chciałem, żeby odzyskał radość z tworzenia i grania, ponieważ kocha muzykę i jest świetnym gitarzystą. Potem okazało się, że temu pomysłowi przyklasnął Gonzo (Wojtek – wtedy perkusista Non Opus Dei i bębny w Goryczy na płycie “Piach”) i zaczęliśmy we trzech, następnie dołączył Krzysiek z Non Opus Dei i tak to ruszyło. Najpierw ostrożnie, z dużą rezerwą do własnych gustów i oczekiwań, z dużym bagażem Non Opus Dei na plecach, bo w końcu wyglądało to tak, jakby skład Non Opus Dei zaczął z nowym wokalistą. To nie był łatwy start. Szukaliśmy się bardzo długo, ale w końcu coś zaskoczyło i zdecydowaliśmy się na nazwę i debiut.
O.: Jesteś autorem tekstów. Rozumiem, że traktujesz je po prostu jak poezję? A może nawet nie trochę? Leonard Cohen ponoć zajął się muzyką, bo wiedział, że jego teksty bez muzyki nie dotrą do tak dużej ilości odbiorców – myślisz, że z Tobą jest podobnie?
T.: Trudno mi się samemu klasyfikować jako autora tekstów poetyckich, ale skoro ludzie tak to postrzegają, to chyba tak jest. Pisałem od zawsze, pisałem zanim powstał A.E.O.N., zanim powstała Gorycz. Lubię słowa. Lubię o nich myśleć tak, jak Przemek o swoich nutach lub akordach. Teksty na płytę i teksty, które piszę jako poezję bardzo rzadko się pokrywają. Jeżeli uda mi się wydać kolejny tomik, to nie znajdzie się tam żaden tekst wykorzystany na płycie. To są niezależne światy, choć mam ten komfort, że mogę kiedy chcę bywać i w jednym, i w drugim. Oczywiście chciałbym, żeby to, co piszę dotarło do ludzi. Pisze się przecież po to, żeby ktoś czytał. Muzyka Goryczy jest świetnym kanałem pośredniczącym, ale nigdy nie będzie tak, że postawię tekst wyżej niż jakikolwiek inny składnik zespołu. Leonard Cohen na pewno wiedział jaką siłę rażenia ma melodia. Jeśli dzięki muzyce mój tekst wzruszy choć jedną osobę więcej, to będzie dla mnie wielka rzecz.
O.: Wśród mocnych inspiracji wymieniacie między innymi Akercocke. Bezpośrednich wpływów nie słyszę, podobieństwa owszem. Ale nie o to chciałem zapytać. Dla przeciętnego zjadacza chleba Anglicy kojarzą się z tym, że grają koncerty w gajerkach. Coś jak Wy – i teraz, podejrzewam że to nie oni byli tutaj z kolei inspiracją, ale po prostu doszliście do wniosku, że to po prostu w Waszym przypadku zadziała? Bo moim zdaniem komponuje się zarówno z muzyką jak i Twoją ekspresją…
T.: Choć bardzo cenię Akercocke, to muzycznie nigdy ich do końca nie rozumiałem. To Przemek przeżył w swoim muzycznym życiu okres fascynacji muzyką Anglików, co z pewnością nie pozostało bez wpływu na jego gust i kunszt. A jeśli chodzi o moją prezentację na scenie, to wybrałem skromną elegancję, ponieważ staram się taki właśnie być w życiu. Mam 43 lata, jestem mężem, ojcem, pracuję jako nauczyciel w liceum, kocham muzykę, kocham słowa. Chcę dobrze się czuć w tym, co robię. Nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Chcę przeżywać tę muzykę tak jak czuję i chciałbym, żeby ktoś pod sceną poczuł, że może mi wierzyć, że ja nie kłamię. On zapłacił pieniądze za koncert, więc oczekuje prawdy, nie fikcji, szczerości, nie pozy. Marzy mi się, żeby ludzie byli ze sobą bliżej niż są. Tak wielu ludzi cierpi. Każdy taki performance bardzo mocno mnie otwiera. To oczywiście zasługa muzyki, ale także tego oryginalnego doświadczenia bliskości drugiego człowieka, jaki daje występ na żywo. Sytuacja artystyczna, w której nie będzie granic i każdy poczuje się niezwykle ważny w tej konkretnej chwili. To moje marzenie. Jeżeli do tej pory nikt nie obrzucił mnie pomidorami, to może mam jakieś szanse.
O.: Nie wiem, jak dla innych recenzentów, dla mnie „Kamienie” to naturalne rozwinięcie tego co słyszeliśmy na „Piachu”. Natomiast nieczęstym jest chyba, że zespół w zasadzie już na debiucie znajduje swoją niszę, która przy tym jest całkiem oryginalna a następnie po prostu ją eksploruje i rozwija. Wam się to udało. Pytanie, które nurtuje mnie i pewnie kilka innych osób – jak?
T.: Myślę, że na to składa się wiele czynników. Po pierwsze Przemek – jego rozumienie instrumentu i żądza oryginalnego brzmienia. Przemek jest gitarzystą bardzo emocjonalnym, ale ma tę niepowtarzalną umiejętność, że potrafi emocje rozpisać na logiczne struktury i wie, czego nie wolno mu grać. Zna niebezpieczeństwa i pułapki czyhające na ludzi wrażliwych i nauczył się je omijać. Daje się ponieść emocjom, ale nigdy nie pozwoli, by te zaprowadziły go w ślepy zaułek muzycznego stereotypu, a poza tym lubi melodię i jest miłośnikiem piękna. Kolejny czynnik to przestrzeń. W Goryczy zawsze była jedna gitara. To otwiera przestrzeń dla sekcji. Dzięki temu basista wie, że nie może jedynie podbijać gitary, ale ma za zadanie stworzyć swój odrębny, niebanalny świat niskich częstotliwości. To samo z perkusją. Współpraca basisty i perkusisty przy subtelnych partiach gitar pozwala mi się też od czasu do czasu włączyć i jakoś to wychodzi jak dotąd. No i chyba jeszcze jedna rzecz – inspiracje. Nie da się uciec od tego, czego się słuchało, na czym się dorastało, wśród jakich ludzi się dojrzewało muzycznie i życiowo. Być może dlatego to brzmi jak brzmi, ale bardzo prawdopodobne, że to jeszcze coś zupełnie innego, o czym sam nie mam pojęcia.

O.: Zarówno „Piach” jak i „Kamienie” to płyty stanowiące jedną, spójną, przemyślaną całość – od okładki, przez teksty, booklet, na muzyce kończąc. Czy to chęć dopracowania wszystkiego w najmniejszych szczegółach wpłynęła na to, że między obiema płytami jest czteroletnia przerwa?
T.: Nie. Od samego początku mieliśmy wizję 3 spójnych płyt nagranych pod nazwą Gorycz. 4 lata przerwy to wypadki życiowe, które wyhamowały nasze nadzieje i plany. Ale był to także czas, który, jak się okazało, był temu zespołowi potrzebny. Nie jestem człowiekiem, który czegoś żałuje. Wszystko, co się stało ma dzisiaj konsekwencje i jesteśmy w tym miejscu także dzięki mądrym decyzjom podejmowanym w trudnych chwilach. Gorycz w starym składzie tak naprawdę przestała funkcjonować jako zespół tuż po wydaniu płyty. Wszyscy sobie jeszcze wyobrażaliśmy ten zespół, ale on już nie istniał i potrzeba było tych czterech lat, żeby to, co realne zwyciężyło to, co tylko wyobrażone. Teraz pracujemy nad trzecią płytą i już wiem, że nie będzie to trwało aż tyle czasu.
O.: Jak opisałbyś proces powstawania „Kamieni”? Bardzo różnił się od „Piachu”?
T.: Bardzo. Żartowaliśmy często, że to przypominało wysikiwanie kamieni nerkowych. Przy pracy nad “Piachem” byliśmy we czterech. Główne role jednak grali Przemek i Wojtek na bębnach. Oni znali się z Non Opus Dei, współpracowali ze sobą, napędzali się wzajemnie. “Piach” to dużej mierze ich dziecko.
“Kamienie” powstawały w głowie Przemka, ponieważ Wojtek wyjechał za granicę i początkowo bywał na próbach co 6/7 tygodni. Gdy wracał, musiał grać do riffów, przy których tworzeniu go nie było. To były pierwsze symptomy problemów. Często zostawaliśmy sami, ja z Przemkiem i z uporem godnym sprawy co piątek przesiadywaliśmy w piwnicy rozmawiając, nagrywając riffy na komórkę, wątpiąc i mając nadzieję. Potem był COVID, lockdown, rozstanie z Wojtkiem i Krzyśkiem, szukanie muzyków itp. o tym zresztą już mówiłem wyżej. Cytując klasyka: Było ciężko 🙂
O.: Wybór języka polskiego generalnie był u Was naturalny, czy była to kwestia którą poddaliście w jakiś sposób pod głosowanie, naradę? Czy jako autor tekstów odnajdowałbyś się ze swoją ekspresją i przekazem w przypadku, gdybyś to samo musiał śpiewać w innym języku – zapewne angielskim?
T.: W przypadku Goryczy był to zupełnie naturalny wybór. Nikt mi nigdy niczego nie narzucał, wszyscy zarówno na “Piachu” jak i na “Kamieniach” zaufali, że “zrobię” teksty najlepiej jak w danej chwili potrafię i nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby pisać je po angielsku. Przez jakiś czas myślałem, żeby je tłumaczyć na angielski, ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na to. Teraz w ogóle o tym nie myślę. Jeżeli chodzi o ekspresję w języku angielskim, to miałbym chyba problem z naturalnością. Nie chcę tego.
O.: Teksty, przynajmniej ja je tak interpretuje, są mieszaniną bólu, beznadziei, goryczy, rezygnacją czy zmęczeniem rzeczywistością… do tego niekiedy podlane turpizmem. Możesz je napisać w każdym momencie, czy musisz mieć na to odpowiednio paskudny nastrój?
T.: Jestem w tej dziedzinie staroświeckim ramolem i uważam, że pisanie rodzi się z bólu. Być może cała sztuka rodzi się z cierpienia, które przecież nie zawsze jest w pełni uświadomione i wcale nie musi być manifestowane rozpaczą. Wszystko, co znalazłeś w tych tekstach tam jest, ponieważ to znalazłeś. Nic sensownego nie powstaje na zawołanie. Nie każdy moment jest tym momentem poetyckiego doświadczenia rzeczywistości, ale czasami jedna fraza wpadnie w tramwaju, inną usłyszę z ust córki, jeszcze inną nieświadomie podpowie kolega na próbie i potem dookoła nich dojrzewają inne, które być może złożą się na dobry tekst. Przy pisaniu niczego nie zakładam i wiem, że gdy nic nie płynie, to znaczy, że trzeba dać spokój i zająć się czymś innym. Lubię myśleć, że poezja istnieje gdzieś poza słowami, tak jak istniały dźwięki zanim ktoś zapisał je w postaci nut. To pozwala mi zbierać poezję po ulicach i czuć się w jakiś sposób potrzebny światu i wcale nie potrzebuję wtedy paskudnego nastroju. Wystarczy słuch.
O.: Upraszczając, na polskiej scenie hejtuje się polskojęzyczne nazwy zespołów, ale Wam się chyba upiekło – przynajmniej ja nie zauważyłem jakichś większych przytyków odnośnie nazwy Gorycz. Czy to przez to, że może nie wszyscy uważają Was za część sceny metaluchowej sensu stricto, więc siłą rzeczy mają w to trochę wbite, czy może jednak przez szacunek do tego co reprezentujecie? A może jeszcze coś innego? Poza tym, ja nie wyobrażam sobie za bardzo u Was szyldu Bitterness…
T.: Niczego nie umiem w tej materii stwierdzić, niczego rozstrzygnąć. Czytałem wiele negatywnych opinii o zespole Gorycz, więcej jednak czytałem pozytywnych, więc bilans wypada z pewnością na korzyść. Skoro hejtuje się zespoły jedynie ze względu na polskie nazwy, to bardzo brzydko świadczy o hejtujących i kropka. Jeżeli nie uważają nas za część “metaluchowej” sceny, w obszarze której hejt jest tak rozpowszechniony jak mówisz, to bardzo dobrze. Nie zależy nam wcale, aby być częścią jakiejś sceny, a zwłaszcza takiej, w której jedni hejtują drugich ku uciesze trzecich. Zespoły, które mają coś nietuzinkowego do powiedzenia w muzyce znajdą swoją scenę i swoje audytorium, inne przepadną w głębinach internetowych zasobów. Sam nie wiem, którym zespołem jest Gorycz. To się okaże może za 10/15 lat. Hejt tu niczemu nie pomoże, ani niczemu nie przeszkodzi.
I jeszcze jedno. Bitterness odpada, kojarzy mi się z syropem na kaszel. 🙂

O.: Biorąc pod uwagę to wszystko, co zostało tutaj powiedziane, myślisz że Gorycz gra muzykę ambitną?
T.: Naprawdę nie wiem. To zależy od punktu odniesienia. Jesteśmy zespołem amatorskim, gramy raz w tygodniu. Lubimy to i nie chcemy robić nic innego, ale nie jesteśmy wykształconymi muzykami. Po prostu kochamy swoją niedoskonałość i to ta miłość popycha nas do dalszego tworzenia. Czy to wystarczy, żeby grać ambitną muzykę? Nie wiem. Moją ambicją jest pisać lepiej, lepiej śpiewać i więcej rozumieć, Przemek chce komponować pięknie i zgodnie z prawidłami teorii muzyki, Tomek chce grać lepiej na perkusji, a Michał już myśli, co jeszcze może wydobyć ze swojego basu. Na pewno w jakimś stopniu my sami jesteśmy ambitni, ale muzyka, którą tworzymy wcale nie musi taka być. Muzyka to muzyka. Jej zadaniem jest wzruszać. Nie chcę myśleć o niej inaczej.
O.: OK, to chyba wszystko na ten moment – poza tradycyjnym pytaniem na koniec, czyli czego słuchałeś odpowiadając na te pytania?
T.: Bardzo dziękuję za to pytanie i cały wywiad
None – „Damp chill of life”
Tim Hecker – „No highs”
Loreena Mckennitt – „The visit”





Piękny wywiad.