Wydawca: Osmose Productions
Jednak magia nazwiska to nie jest nic przesadzonego a dość mocny selling point, przynajmniej w przypadku zespołu The Evil z Brazylii. Bo gdyby nie to, że na liście płac mają pana Lamouniera, to pewnie ja bym nie zwrócił uwagi na „Seven Acts to Apocalypse”.
Czy bym żałował? Nie wiem w sumie. Bardziej kierowała mną ciekawość, jak ktoś odpowiedzialny za jedną z najdzikszych płyt w historii metalu, za jaką uznaję „I.N.R.I.” odnajdzie się w doom metalu. A jeśli ciekawość to pierwszy stopień do piekła, to siema Rogaty, jedziemy z tym koksem. The Evil rzeczywiście gra doom metal, nie kłamali. Jako, że ja lubię szukać jakichś odniesień do zespołów, które powinny być lepiej znane, to powiem Wam, iż słuchając „Seven Acts to Apocalypse” mam wrażenie jakbym obcował z wypadkową Electric Wizard, Triptykon, The Devil;s Blood, Jex Thoth… To ostatnie trochę z uwagi na damskie wokale pani o pseudonimie Mistress Wournous. Czasem są bardzo w stylu Jex, ale dużo też quasi operowych wokaliz. No i powiem Wam, że te nie do końca do mnie przemawiają, bo jakoś nigdy nie byłem fanem Therion a cholernie mi się kojarzy. Jednakże sama muzyka – naprawdę spoko, nawet jeśli kurczowo trzyma się kanonów. Albo może właśnie przez to. Siedem kompozycji (tytuł każdej to osobny grzech główny) mają fajny drive, a to jest coś, czego ja akurat wymagam w przypadku dobrego doom metalowego albumu. The Evil to ma. Przyznam się, że podchodziłem sceptycznie do tej płyty, ale po kilku przesłuchaniach zażarło. I mam wyjebane czy gitary robi tam Wagner czy nie, w ogóle to nie wpływa na mój osąd – to jest po prostu fajny album.
Nie zmienia mojego patrzenia na gatunek i nie wiem, jak często będę do niego powracał, myślę jednak że raz na jakiś czas odpalę sobie „Seven Acts to Apocalypse”. Polecam przynajmniej się zapoznać.
Ocena: 7,5/10




