Wydawca: Hammerbolt Productions

Miał rację niejaki pan D. W trakcie wymiany zdań, po tym jak już dostałem płytę i ostrzegłem lojalnie, że chwilę potrwa, zanim przeczyta o niej, napisał: nie spiesz się. Gdybym opisał ją niedługo po tym jak po raz pierwszy wylądowała w odtwarzaczu, jej odbiór  i opis byłby inny.

Gorszy. Przynajmniej z punktu widzenia zespołu i tych milionów, które chcą na niej na pewno zarobić. Nie dlatego jednak, że musiałem się przez nią przegryźć. Drugi pełnowymiarowy album Zmory to płyta sezonowa. Przegrywa z letnimi upałami, kiedy większym powodzeniem cieszy się mało skomplikowana, a do tego pozbawiona głębszych przesłanek muzyka. Taka do upicia się i szczypania koleżanek (lub kolegów) w tyłek i inne cycki. „Wieczna ciemność i wieczne zimno” to co prawda prosto odegrany black, ale za to z przytłaczającym w niektórych miejscach klimatem. Ma on do tego swój  „ciężar”. Nie spodziewajcie się łatwego i przyjemnego odbioru tego co serwuje nam Zmora. W niektórych momentach wręcz słuchacza odpycha. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że nie da się tej płyty słuchać. W odpowiednich warunkach „przywiązuje” do siebie. Sporą zasługę ma jednostajne tempo, które się przez cały materiał przewija. Wchodzi w głowę, wciąga i nie wypuszcza aż do ostatniego dźwięku. Chłodu tej muzyce nadają oszczędne, ale obecne klawiszowe plamy, które przywodzą mi na myśl pewne luźne skojarzenia z zespołem na Be. Wszystko to jednak przy założeniu, że za oknem nie jest 37 stopni i brak nadziei na niższa temperaturę. Pierwsze przesłuchania odbywały się w takiej temperaturze i płyta szybko powędrowała na kupkę z napisem „nie chce mi się”. Drugi krążek Zmory to zdecydowanie materiał jesienny, a w zasadzie to może nawet późnojesienny. Kiedy za oknem zimno, ciemno, piździ i wali deszczem. I gdy po barach królują domorośli dekandenci z fajką, grzanym winem i kajecikiem własnych czarnych przemyśleń. A właśnie, skoro już jesteśmy przy tekstach. Azymut niech wskażą następujące słowa: listopad, noc, rozpacz, martwy, grobowe, ciężar, zgniłe i przerażenie. W lirykach jak widać wesoło. Natomiast tytuł „wielkopolska samotnia” mnie rozbawił.

Tytułem podsumowania powiem, że nie jest to materiał, który wywołał w moim organizmie jakieś znaczące obniżenie produkcji serotoniny. Znam bardziej przygnębiające i przygniatające płyty. Ma za to „coś w sobie”, co mnie do niej przyciąga. A. Fajnie jest wydana.

Ocena: 6,5/10

Tracklist:

01.Listopadowe cienie
02.W trupiej aurze księżyca
03.Szum martwych drzew
04.Żałobna liturgia nocy
05.Wielkopolska samotnia
06.Dzikie jęki, zimne cienie
07.Czarna rozpacz
08.Wieczna ciemność i wieczne zimno
09.Pożegnanie jesieni
10.Ostatni sen

Ef
4723 tekstów

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Tyrant Wrath „Dödsdans”Recenzje

Tyrant Wrath „Dödsdans”

OracleOracle11 września 2026
Damask „Three Times Ten”Recenzje

Damask „Three Times Ten”

OracleOracle10 września 2026
Mordhell „Nekro Desecration”Recenzje

Mordhell „Nekro Desecration”

BartBart9 września 2026

Skomentuj