Od kiedy ptaszki zaczęły ćwierkać o nadchodzącym, nowym albumie Warfist wykazałem głębokie zainteresowanie. Ale właśnie po ich kapitalnym występie na żywo u boku Dead Congreagation nabrałem przekonania, że oto jest kolejna, potężna petarda w tym roku i warto będzie popytać o to i owo. O nowej płycie, zielonogórskiej scenie, oraz o tym, że Sodom jest zaje, a Kreator się spedalił, opowiadał chętnie Mihu.

B: Hails! Na wstępie chciałbym pogratulować Wam ukazania się nowej, jakże zajebistej płytki!

M: Cześć! A dzięki! Zajebiście, że póki co zbiera w większości bardzo dobre opinie. To oznacza, że jednak ludzie dalej chcą słuchać klasycznego i nieskażonego metalu.

warfist1B: Właśnie, „Metal to the Bone” zostało wydane z czeluści Godz Ov War, będącego zacnym labelem. Jak się rozpoczęła Wasza współpraca z „Bogami”?

M: Droga do wydania albumu była dość długa i wyboista, ale na szczęście na jej końcu pojawił się Godz Ov War. Po kolei jednak. Po nagraniu demo „Metal…” rozsyłaliśmy materiał w różne miejsca. Wśród nich był właśnie label Grega, ale wówczas powiedział nam, że ma zapchany grafik wydawniczy i niestety nie da rady nas w niego upchnąć. Później pojawiło się kilka mniej lub bardziej konkretnych propozycji, materiał zdążył zostać zmiksowany i zmasterowany przez Left Hand Sounds Studio… Złapaliśmy też kontakt z jedną z wytwórnią z Niemiec, która już była gotowa wydać nasz album, ale nagle przestali odpisywać na maile i kontakt się urwał. Wtedy postanowiłem znów napisać do Grega, bez większych nadziei. Odpisał, że wciąż ciężko u niego z miejscem na nowe wydawnictwa, ale poprosił, bym mu wysłał materiał do odsłuchu. Jeszcze tego samego dnia spytał nas o warunki. Okazało się, że jest w stanie zapewnić nam to, czego oczekiwaliśmy i znalazła się dla nas przestrzeń w jego katalogu. Zajebiście się cieszymy z tego, że Greg uwierzył w ten materiał i teraz robi naprawdę świetną robotę promując go. Jesteśmy póki co bardziej niż zadowoleni z tej współpracy i oby tak było jak najdłużej.

B: Nie sposób też nie wspomnieć o tej wykurwistej okładce autorstwa Maćka Kamudy. To był pomysł wydawcy, by poprosić go o współpracę czy Wasz? I jak się Wam też ona podoba? On sam na swoim profilu przyznał, że otrzymał tylko wskazówkę, że ma być „metal as fuck” i na moje oko się udało, hehe.

M: Pomysł zatrudnienia Kamudy wyszedł od Grega. Początkowo obrazek na płytę miał zrobić ktoś inny, ale jego wizje rozmijały się z naszymi. Wtedy pojawiła się propozycja oddania tego zadania Maćkowi. Greg podesłał mi link do profilu z jego innymi pracami, a także okładki nowych płyt Kingdom i Misanthropic Rage. To co zobaczyłem totalnie mnie rozjebało i stwierdziłem, że niech chłopina działa. Masz rację z tymi wskazówkami. Wytyczne brzmiały w skrócie tak: „czachy, łańcuchy, gołe baby i metalowe skurwysyństwo”. Wszystkie te elementy znalazły się w jego grafice, którą przygotował w sumie w ekspresowym tempie. Jesteśmy naprawdę pod zajebistym wrażeniem efektu końcowego. Już wstępny szkic zwiastował jakąś masakrę, ale ostateczne dzieło rozdało karty. Nie tylko my jesteśmy zadowoleni, bo w większości recenzji podkreśla się zajebistość tej okładki, Ty sam też to uczyniłeś… Oby ta grafika zbierała jak najwięcej splendoru, bo Kamuda na niego całkowicie zasłużył.

warfist2B: Dwa lata minęły od „Devils lives in Grunberg”, a z notki na Waszym profilu wynika, że materiał na „Metal to the Bone” był gotowy już 2015r. Proces twórczy więc przebiegał całkiem sprawnie?

M: Sam proces twórczy akurat tak. Z grubsza… W zasadzie pierwsze dźwięki na „Metal…” powstały jeszcze przed ukazaniem się debiutu. Po sesji nagraniowej do „Diabła” zacząłem pracować nad szkicami pierwszych kawałków. Ogólnie rzecz biorąc szkielety wszystkich numerów postały w nieco ponad rok. Później, po powrocie Pavulona do zespołu, szlifowaliśmy materiał na próbach przez około sześć miesięcy, aż uznaliśmy, że można nagrywać demo. Gorzej było ze znalezieniem wydawcy, ale o tym już wspomniałem wcześniej. Najważniejsze, że w końcu się udało i jak na razie wszystko wskazuje na to, że warto było tyle czekać.

B: Za Wami gig u boku Dead Congreagation. Jakie wrażenia, Wasze jako jednego z wykonawców w tej muzycznej pożodze? Zerkając na relacje przyznaję, że są one bardzo pozytywne, a Wam żaden z piszących nie szczędził pochwał.

M: Kurwa, ten koncert to była miazga pod każdym względem. Ludzi nie odstraszyło nawet to, że był środek tygodnia. Zajebiście było zagrać na tym gigu i zobaczyć znów Dead Congregation. Chociaż muszę przyznać, że kiedy widziałem ich po raz pierwszy na zeszłorocznym Brutal Assault, wypadło to zdecydowanie lepiej. Ale, by być uczciwym, muszę zaznaczyć, że tym razem ich koncert oglądałem trochę jednym okiem, bo dużo działo się w kwestiach towarzyskich. Ciemna Strona Miasta to naprawdę cholernie gościnne miejsce, które polecam każdemu. I faktycznie, opinie dotyczące naszego występu okazały się być w większości przychylne. To zajebiście, bo był to nasz pierwszy koncert po dłuższej przerwie i pierwszy od dawna takiej rangi. Poza tym do tej pory pojawił się jakiś szum wokół nadchodzącej płyty i nawet nie było opcji, aby to zepsuć słabym występem. Tym milej widzieć, że stanęliśmy na wysokości zadania i udało się wrócić z Wrocławia z tarczą… i z lekkim kacem.

B: 31 października 2016 Anno Satani graliście także gig wespół z Taranem. Miło chyba widzieć, że scena w Waszym mieście żyje i ma się dobrze, szczególnie, że Taran przywalił w zeszłym roku potężnym długograjem.

warfist3M: Oczywiście, że miło, chociaż ostatnimi czasy to życie jest jakby mniej… intensywne. Zdecydowanie ciężko porównać sytuację na scenie w Zielonej do tego, co działo się tu kilka lat wcześniej, nie mówiąc już o czasach, gdy zaczynaliśmy. Wtedy rzucając na oślep kamieniem mogłeś być pewny, że trafisz w kogoś, kto gra w kapeli. Oprócz takich nazw jak Supreme Lord i Witchmaster działały wtedy chociażby Vomigod, Goatlord, Mystherium, Ebola, Deathclaw, Taran i sporo innych. Działo się też więcej pod względem koncertowym… Ale nie ma co biadolić, bo grunt, że wciąż ktoś jeszcze gra. A co do Taran, to faktycznie ubiegłoroczny album to zacny materiał. Z tego co wiem, gotowy jest już następca. Jeśli chodzi o inne młode kapele działające obecnie w Zielonej, to mam nadzieję, że Spirit Crusher da radę coś zwojować. Zaczynali jako cover band Death, ale teraz wzięli się za autorskie kawałki. Trzymam za nich kciuki. Podobnie jak za Ebolę, która w końcu mogłaby wydać ten trzeci album.

B: A propos sceny z Grunbergu: w tym roku powrócili wymiatacze z Witchmaster wydając split z Voidhanger, a krążą plotki, że nowy pełniak się kroi. Zagralibyście wtedy jakiś gig z chłopakami? Są takie plany może?

M: Tak, dotarły do mnie słuchy na temat splitu, ale jeszcze nie miałem okazji go posłuchać. Wiesz, Witchmaster pracuje akurat we własnym, sobie nawet nieznanym tempie. Przypuszczam, że wieści o nowej płycie dopadną nas wszystkich (włącznie z nimi) znienacka, podobnie jak w przypadku rzeczonego splitu. Bardzo chętnie zajebalibyśmy z nimi kilka sztuk, ale na razie ta kwestia nie była nawet poruszana, biorąc pod uwagę częstotliwość ich występów na żywo.

B: Mihu, w jednym z wywiadów wspominałeś, że jedną z Waszych inspiracji jest i Sodom, który niedawno zaprezentował światu swoje świeżutkie „Decision Day”. Jak oceniasz to dokonanie „niemieckiego Motorhead”?

warfist4M: Ha! Sodom to jak dla mnie nie tylko jedna z inspiracji, ale również jedna z najlepszych kapel wszechczasów. Zwłaszcza w ostatnich latach potwierdzają swoją klasę. W sumie w ich dyskografii znajdziesz płyty genialne, bardzo dobre, ale też średnie. Jednak nigdy się tak chamsko nie spedalili, jak chociażby Kreator, zawężając temat do niemieckiego podwórka. W ich muzie zawsze była moc i rock’n’roll. Dobitnym potwierdzeniem tej tezy są dwie ostatnie płyty Sodom – „Epitome of Torture” i wspomniany przez Ciebie „Decision Day”. O ile przedostatni krążek uważałem w momencie jego wydania za najlepszą rzecz w ich dyskografii od czasów „Agent Orange”, tak nowy album jakoś mocno mi się kojarzy z „Better Off Dead”. Ja wiem, że to zupełnie inne płyty, na „Better…” jest więcej rock’n’rolla… Ale na jednym i drugim albumie Sodom śmielej sięgał po klasyczny heavy i obydwie płyty są dość odważnymi pozycjami w ich dyskografii, jak na realia, w których wychodziły. Wiesz, można się przypierdolić, że płyta jest za wolna, że za dużo akustyków… Jak dla mnie są to jednak zajebiste urozmaicenia, które wciąż mają moc. Zwolnienia są ciężkie jak stu diabłów, a te akustyczne wstawki budują potępieńczy klimat. Jak dla mnie zajebisty album i murowana pierwsza trójka za 2016. No i cieszę się, że już od kilku lat Angelripper nie próbuje być drugim Arayą, bo śpiewanie w takiej slayerowej manierze skutecznie zepsuło mi odbiór kilku całkiem niezłych płyt z repertuaru Sodom.

B: Ten rok obfituje w wyborne wydawnictwa, ale nie można nie dostrzec, że na przód wysunął się właśnie black/thrash, w czym także macie swój udział. Destroyer 666, Ragehammer, Desaster… nie ma co ukrywać, że ten odłam metalu w tym roku został przyjęty świetnie. Jak się na to zapatrujesz?

M: Właśnie nie wiem co i dlaczego się dzieje, ale niezmiernie mnie to cieszy, że 2016 w zasadzie należy do tego stylu. W sumie to można powiedzieć, że ogólnie do old schoolowego metalu, bo przecież wyszły jeszcze nowe płyty np. Gehennah, Asphyx, Exumer i paru innych. I były to płyty na zajebistym poziomie! Mnie to raduje niezmiernie, zwłaszcza że po ostatnich latach zalewu różnych postów i innych hipster metali, tak po cichu przeczuwałem powrót klasycznego grania do łask. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to tak szybko. Choć z drugiej strony jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale trzeba trzymać kciuki, by był to początek czegoś większego. I powiem Ci, że wymieniłeś autorów jednych z moich ulubionych płyt tego roku. Destroyer 666 jak dla mnie absolutnie zmiótł konkurencję! „Wildfire” to genialna rzecz, która w cudowny sposób miesza dotychczasową destroyerową dzicz z klasycznym heavy. I niech sobie malkontenci gadają, że to już nie tak drapieżne ani brutalne jak „Phoenix Rising”. Oczywiście, że nie! Ale jest lepsze, bo ma wciąż tego samego kopa, a do tego jest cholernie chwytliwe, dzikie i… czadowe. Zresztą zawsze od „Phoenix…” wolałem „Cold Steel…”. Co do Desaster to panowie również bardzo szczodrze podrasowali swoją muzę klasyką. Jeszcze bardziej niż na poprzednich wydawnictwach i przyznam, że jak dla mnie to ich najlepszy album od „Divine Blasphemies”. Natomiast Ragehammer… Kurwa, kibicuję tej kapeli od demo „War Hawks” i byłem pewien, że debiutem również przypierdolą. Szkoda, że w totka nie jestem taki przewidujący, bo pewnie już dawno spełnił swoje marzenie i zakupił posiadłość z grotą, w której hodowałbym niedźwiedzie. Nie rozwodząc się za mocno – rewelacyjny materiał, który pokazuje, jak się powinno napierdalać chamski, pierdolony metal. Oby za nim poszły następne.

B: W jednym z wywiadów poruszyłeś ciekawą kwestię metalu w Internecie. Spotkałem się z tezą, iż „Internet zabił muzykę”. Że nie jest już to, co było kiedyś i teraz, gdy byle pierdoła ma wszystko na wyciągnięcie ręki, zamiast etapu żmudnych poszukiwań, zniknął swoisty urok. Jakie jest Twoje zdanie, czy istotnie Internet zabił metal?

warfist5M: Teraz się zaczynam zastanawiać co powiedziałem wtedy, żeby przypadkiem nie było zbyt dużego rozdźwięku między tymi wypowiedziami, hehe! Wiesz, metalu nie da się zabić. Internet też tego nie uczyni. Trochę śmieszne jest to, że biadolenie na to, jaki Internet jest zły i jak to niszczy jedyny właściwy porządek świata, odbywa się właśnie w Internecie. Ja zawsze powtarzałem, że to zwyczajne narzędzie, podobnie jak młotek – w rękach kogoś z głową na karku może pomóc w tworzeniu nowych, dobrych rzeczy. Natomiast w rękach idioty nawyrządza wielu, często nieodwracalnych szkód. W dzisiejszych czasach za sprawą neta jest o wiele łatwiej trafić do nowych odbiorców i pokazać muzę danej kapeli większemu gronu odbiorców. Fakt, że teraz dostęp do niej może mieć każdy, ale z drugiej strony chyba o to chodzi komuś, kto zakłada kapelę, pisze opowiadania, robi komiksy czy w jakiś inny sposób spełnia się twórczo – żeby dotrzeć z tym jak najdalej. Poza tym, przed erą Internetu też zdarzało się, że do tego zaklętego kręgu wkradały się niepowołane osoby. Instytucja pozera jest chyba powszechnie znana. Tylko, że kiedyś z delikwentem radzono sobie szybko i sprawnie. Teraz te obyczaje zanikły, ale nie sądzę, że można to przypisać obecności Internetu. W ostatecznym rozrachunku wszystko jest dla ludzi i trzeba z tego korzystać z rozsądkiem. A że większość ludzi to kretyni, to już temat na inną rozmowę. W ten sposób możemy powiedzieć o wszystkim, co weszło do powszechnego użycia, że zniszczyło coś tam – o Internecie, o smartfonach, o kebabie, itd.

B: Wcześniej już była mowa o tym, że black/thrash w tym roku przeprowadził udany atak na słuchaczy. A jak oceniasz ogólną kondycję sceny w Polsce? Jest w niej coś, co Cię drażni, czy raczej uważasz, że wszystko idzie ku lepszemu?

M: Chyba nie dzieje się źle. Co chwila pojawiają się nowe kapele, jest czego słuchać… Aczkolwiek muszę przyznać, że czołówka naszej krajowej sceny od kilku lat pozostaje jak dla mnie taka sama. Są w niej takie kapele jak Voidhanger, Stillborn, Embrional, Infernal War, Bloodthirst, Witchmaster, Chirst Agony. Ostatnio wzbogaciły ją jeszcze wspomniany już Ragehammer, Offence czy In Twilight’s Embrace. W tym roku wyszło również kilka wydawnictw, do których dość często wracałem. Kwestii debiutu kapeli, którą wspomniałem już w tym wywiadzie tyle razy, że ktoś zarzuci mi wzięcie od nich grubego hajsu za działania PR-owe, nie będę już roztrząsał. Bardzo fajny materiał wydał Thy Worshiper. Co prawda na co dzień słucham zdecydowanie innych dźwięków, ale naprawdę kupili mnie tą rdzenną i plemienną atmosferą „Klechd”. Inny materiał zdecydowanie godny polecenia to debiut grupy Mentor. Poskładali mnie na łopatki swoją rock’n’rollową miksturą death, black, doom metalu i nawet starego hardcore’a. Jeśli chodzi o debiut to bardzo ciekawie wypadł ten, w wykonaniu Misantrophic Rage. Natomiast ze starych wyjadaczy, swoim nowym materiałem rozdał Kingdom. Cały czas coś się dzieje, więc nie ma co narzekać. A co mnie drażni? Pseudoartyzm, ale to będzie chyba do końca świata, więc po prostu sram na to i idę przed siebie.

B: Obecnie metal wyszedł już z cienia, i choć wciąż pozostaje na „uboczu”, to jednak bywa on często dostrzegany przez tzw. „mainstream”. Sądzisz, że to dobrze, czy raczej ten typ muzyki powinien pozostać dostępny tylko dla pasjonatów? Jednocześnie nie sposób zauważyć, że właśnie ludzie niezaznajomieni z metalem, gdy sięgają po niego potrafią wyciągać mylne wnioski i de facto, zamiast promować – szkodzą, vide ostatnia spora dyskusja na temat świeżynki od Furii.

warfist6M: Dyskusja o nowej Furii jakoś mnie ominęła. Staram się nie śledzić takich wynurzeń, bo wolę sam posłuchać materiału i wyrobić sobie zdanie na jego temat w ten sposób, a potem bardzo chętnie wdam się w jakiekolwiek dysputy. Posłuchałem i… zupełnie nie moja bajka, chociaż na kilku fragmentach można zawiesić ucho. To jednak trochę za mało. Wracając do pierwszej części tego pytania, to sytuacja trochę podobna jak do tej z internetem zabijającym metal. Z jednej strony chciałoby się, aby twoja muza dotarła do sporej liczby osób, ale z drugiej gdzieś tam zależy na tym elitaryzmie. I oczywiście, że ludzie niezaznajomieni z metalem wyciągają z niego mylne wnioski, bo go w większości przypadków po prostu nie rozumieją. Jak dla nich to jest zwykle piłowanie japy i napierdalanie bez ładu i składu w instrumenty perkusyjno-szarpane. Jednak ja tam nikogo edukować nie będę, bo mi się nie chce. Z drugiej strony, chyba już się nie da zatrzymać tego wszechobecnego przepływu informacji, a co za tym idzie ogólnego dostępu do niemal wszystkiego. Ale wiesz, z reguły, kiedy metal wbijał się mocniej w mainstream, powstawała do tego bardziej ekstremalna kontra, która owocowała rozwojem gatunku i skonsolidowaniem sceny. Może takie czasy nadchodzą również teraz?

B: Z tym „dostrzeganiem metalu” w Kraju Kwitnącej Cebuli bywa problem, bo jak wiemy kościół konsekwentnie próbuje walczyć z „satanizmem”. Nie można zapomnieć o tym incydencie, jaki był Waszym udziałem z Policją na wskutek donosu, od którego scena się zagotowała. Uważasz, że problem narasta? I z ciekawości, ustalono czy ten incydent to był jakiś durny trolling, czy też celowe zakłócenie występu? Gdzieś mignęła mi wiadomość, że niedługo potem, jak był Wasz gig, przemaszerowała obok klubu procesja.

M: Coś też słyszałem o jakiejś procesji, ale nie wiem, czy to prawda, plota, czy poimprezowe majaki. W każdym razie akcja z pasem była naprawdę gruba. To znaczy, może nie tyle sama akcja, co gównoburza, jaka po niej nastąpiła. Jedna z gazet wypuściła mocno podkoloryzowany opis tych wydarzeń, który został podchwycony przez jednych i drugich i sensacja gotowa. Jak dla nas git, bo w sumie mieliśmy darmową reklamę. Większych konsekwencji dla nas z całego wydarzenia nie było. Wciąż nie wiadomo, co tak naprawdę się stało i kto za tą akcją stał. Mamy pewne podejrzenia, ale to tylko niczym nie poparte domysły. W każdym razie wracając do sedna pytania… Wiesz, przy obecnym rządzie wszystko jest możliwe. Jak wszem i wobec wiadomo, klechy pod takim kloszem czują się bardzo pewnie. Widać też, że mają większy wpływ na decyzje rządu. Kurwa, po tej akcji w 4 Różach przeszło mi nawet przez głowę, że w nocy przegłosowano tajną ustawę o zakazie koncertów metalowych i byliśmy jej pierwszą ofiarą. Żarty żartami, ale widząc to, co się teraz odpierdala w tym kraju, za jakiś czas to wcale nie musi się okazać zwykła heheszka. Obym się kurwa mylił i oby za trzy lata ta banda pojebów została zesłana gdzieś na Kamczatkę.

warfist7B: Mihu, jaki alkohol lubisz najbardziej i dlaczego? I co popija reszta Warfista?

M: Dobre pytanie, powiem Ci. Nie jestem jakoś specjalnie wybredny jeśli chodzi o alkohole. W zasadzie to spożywam wszystko, poza wytrawnymi winami i szampanem. Tych trunków jakoś nie trawię. Jednak najczęściej raczę się browarami i kolorowymi wódkami. Czyściocha już nie przyswajam tak dobrze, jak to drzewiej bywało, ale od wielkiego dzwona też się skuszę. A dlaczego akurat to? Browary są ok, w momencie gdy chcę się wyczilować, a wóda jest skuteczna w przypadkach chęci sponiewierania się. Reszta chłopaków ma podobne preferencje co do alkoholi.

B: Podziel się też ze spragnionymi wiedzy czytelnikami, jakież to albumy przykuły Twoją uwagę w tym roku.

M: Poniekąd już trochę na raty odpowiedziałem na to pytanie wcześniej, ale dobre rzeczy warte są utrwalania. Na pewno moją pierwszą trójką za 2016 są Destroyer 666 „Wildfire”, Sodom „Decision Day” i Asphyx „Incoming Death”, w takiej właśnie kolejności. Oprócz tego zajebiście mi weszły nowe płyty Desaster, Gehennah, Metal Church, Ragehammer, Anvil, Kryptos, Hobbs’ Angel of Death, Deathcult, Thy Worshiper, Mentor, Misanthropic Rage, Kingdom, Exumer, Stillborn i paru innych. Całkiem obfita lista wyszła.

B: I dzięki za odpowiedzi!

M: Dzięki za poświęcenie nam miejsca w Chaos Vault. Metal to the bone!!!