Taran: „Gdybym szukał poklasku zająłbym się innym gatunkiem muzycznym…”

Zielonogórską hordę o złowrogiej nazwie Taran poznałem już jakiś czas temu przy okazji wydania ich pełniaka w 2015 r. Sam album zmiótł mnie totalnie i co jakiś czas do niego wracam. Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że ci bluźniercy będą supportować Warfist na Grunberger Release Party, uznałem, że warto będzie poprosić o krótką pogadankę. Ta okazała się całkiem obszerna, bo Nechrist, spokojny i skromny, chętnie opowiadał o wydaniu nowego albumu, celu black metalu, czy o tym, by uważać na ludzi z Nowej Soli.

B: Hails Nechrist, dzięki, że zgodziłeś się na rozmowę. Jesteśmy już po Grunberger Release Party, gdzie graliście także jako Taran. Jak wasze wrażenia z imprezy jako artystów?

N: Całkiem nieźle. Było kilka mankamentów organizacyjnych i technicznych, ale jakoś się udało. Sama impreza była organizowana dość spontanicznie, więc to nie dziwi, aczkolwiek osobiście uważam, że pewne rzeczy można było zrobić po prostu lepiej.

B: A jakie to rzeczy?

N: No choćby strasznie kulało nagłośnienie dzisiaj. Naciskałem, by poprosić o współpracę naszego dobrego kolegę Miotłę, który jest zacnym nagłośnieniowcem i zrobiłby to sto razy lepiej. Tym bardziej, że niedawno mieliśmy okazję grać w tym samym klubie z Witchmasterem i brzmienie było dużo lepsze. Ale organizator miał inne priorytety.

B: Rozumiem. A właśnie, wspomniałeś o Witchmaster, do którego (widziałem oraz słyszałem), że dołączyłeś na stałe do składu z uwagi na fakt, że Kali przebywa na co dzień w Londynie.  Teraz grasz u boku swoich idoli z liceum – szczególnie Bastisa.

N: Hehe, nie ukrywam, że jest to dla mnie swoista nobilitacja. Trochę czasu minęło, przez co ta relacja idol-fan zmieniła się na bardziej koleżeńską. Znamy się już parę lat z Bastisem i tak się złożyło, że podczas drugiej edycji FOAD Festu Kali miał zaplanowany ważny wyjazd związany z jego pracą, i poprosił mnie bym zastąpił go na tym koncercie. Witchmaster był jednym z pierwszych zespołów wymienionych na tej edycji festu więc nie było za bardzo, jak się wycofać. Zgodziłem się z przyjemnością i myślę, że koncert wypadł dobrze. Tak się złożyło, że zaraz potem wypadła ta trasa Violence & Blasphemy i poprosili mnie o “zastępstwo”, żeby zagrać na dwie gitary, a dalej to już jakoś się potoczyło. Ja byłem zadowolony w każdym razie. To jednak raczej koleżeńska pomoc na żywca, aniżeli coś stałego.

B: No zarówno na FOAD, jak i na koncercie z trasy wpierdol był nieludzki, więc jest z czego być zadowolonym. Mówiąc już o koncertach, dziś grał także Taran. Widzę, że skład zespołu się zmienił nieco od czasu, gdy widziałem Was ostatni raz. To było w chuj dawno, jakoś po premierze Waszego pełniaka, w 2015 r., ale słyszałem, że ten skład działa już od zeszłego roku. Oznacza to, że można przystąpić prężnie do prac nad nowym albumem?

N: Tak naprawdę prace nad nowym albumem trwają już od prawie trzech lat. Wielokrotnie powtarzałem osobom, które o to pytają, że materiał na nową płytę jest prawie gotowy. Niestety ubolewam nad tym, że obowiązki związane z innymi zespołami powodują, że nie mamy czasu, by wejść do studia i spokojnie się tym zająć. Co rusz każdy z nas – wszyscy na raz, czy indywidualnie – jest na jakichś wyjazdach, np. na trasie koncertowej, przez co nie jesteśmy w stanie tego dokończyć. Przyznaję, że to głównie moja wina, bo za mało dyscyplinuję siebie oraz resztę, by wziąć się za szmaty i skończyć. Mam nadzieję, że w tym roku uda się wejść do studia i zarejestrować nowy materiał. Natomiast, co do składu, to jakiś czas temu uległ zmianie. Tak naprawdę stałymi członkami są tylko trzy osoby i testujemy nowe ustawienia na próbach oraz na koncertach (tutaj rzadziej, jak widać). Zobaczymy, co się stanie, i czy jeszcze nastąpią jakieś zmiany. Nie jest to po prostu ostateczny skład.

B: No nie ukrywam, że byłoby spoko, gdyby się udało, bo sporo osób czeka na nowego pełniaka. Jak już mówimy o tym, co ma być, to pewnym jest, że nowy Taran, jeśli się ukaże, będzie pewnie nadal napierdalał słuchaczy jak ojczym pasierba, ale nie kusiło Cię nigdy, by zagrać w jakimś projekcie prezentującym całkowicie odmienne, łagodniejsze granie?

N: Jeśli idzie o tworzenie muzyki i jej wykonywanie, to niespecjalnie mnie interesują inne gatunki muzyki. Gdyby tak było, to jak sam wspomniałeś, tworzyłbym coś takiego w ramach totalnej odskoczni. Tak się składa, że Taran nie jest jedynym zespołem, w którym się udzielam i wszelkie odmienne wizje mogę realizować właśnie w tych innych kapelach. Nigdy jednak nie myślałem, żeby diametralnie zmienić styl, który sobie wypracowaliśmy, gdyż on mi po prostu odpowiada. Robię to, co wielbię, co kocham, dlatego z tej ścieżki nie zejdę (słusznie, z raz obranej drogi nie zawracaj w tył – dop. Bart). Nie potrzebuję jakichś odmian ani wprowadzania elementów wzbogacających na siłę styl, albo zmierzających ku bardziej postblackmetalowym klimatom, co ostatnio jest dość modne. Średnio mnie również interesuje, czy ktoś zarzuci nam, że jesteśmy monotematyczni oraz mało oryginalni. Mam to gdzieś. Gdybym szukał poklasku zająłbym się innym gatunkiem muzycznym lub w ogóle inną dziedziną “sztuki”. Nie leży mi więc zmiana toru, czy też orientacji.

B: I bardzo dobrze, bo Taran sprawdza się najlepiej na tym polu, na jakim działał dotychczas. Wspomniałeś od razu kwestię, którą chciałem poruszyć: Mianowicie post black metal, a bardziej ewolucja gatunku, który od wojny i pogardy przeszedł w konformizm, równość, i braterstwo. Kwintesencją tego był komentarz, na jaki trafiłem niedawno pod postem jednej z bardziej znanych polskich metalowych trup, iż ów zespół pozwoli zerwać kajdany społeczeństwa i zjednoczyć wszystkich w braterstwie pod wspólnym sztandarem metalu (sic!). Jak oceniasz taki trend?

N: Ta scena nigdy nie potrzebowała takich wyzwolicieli, łaskawców czy też przewodników. Bawią mnie takie wymysły, bo prowadzą one tylko do podziałów, które najbardziej są widoczne właśnie na portalach społecznościowych. Sądzę, że ewolucja, w tym tego gatunku muzyki, powinna być czymś naturalnym. Tu, jak wspomniałeś, jest to tak daleko posunięte, że przyćmiewa cel tej muzyki.

B: A jaki to cel zatem?

N: Wojna i nienawiść. Choć z postępowego, konformistycznego punktu widzenia może się on wydawać zwyczajnie barbarzyński i prostacki, to taki właśnie jest. Mam wrażenie, że pójście na „przystępność” w black metalu, choćby mieszając dwa przeciwstawne wręcz składniki, prowadzi do kuriozalnego kompromisu. A tu mamy gatunek, który jest bezkompromisowy i pójście w stronę większej popularności, przystępności, czy też potrzeb społecznych jest zwyczajnie błędne. Ja ze swoim zespołem nie zamierzam iść w takim kierunku. Wszystkie pozostałe kapele, w które jestem zaangażowany mają takie zapatrywania, czyli czyste podziemie oraz zero kompromisów.

B: W takim razie uważasz, że w dobie popularności takiego „złagodnienia” podziemie może się jeszcze bardziej zradykalizować?

N: Nie sądzę. Jest ono takie, jakie jest i być może w pewnym momencie sami zamkniemy się w takiej ciasnej sferze, do której mało kto będzie miał dostęp oraz to rozumiał. Nie do końca o to jednak chodzi, bo choć nagrywając płyty robimy to przede wszystkim dla siebie, to jednak jest grono osób, które będzie słuchać naszej muzyki. Nie nazwałbym tego ustępstwami, ale są pewne standardy, których wypada się trzymać. Ja osobiście nie mam parcia, by za wszelką cenę ze swoim zespołem dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców. Co będzie, to będzie. Znam sporo ludzi z tego “głębokiego podziemia”, którzy czerpią wielką satysfakcję z grania ze swoimi kapelami i nie jest im źle, z tym brakiem rozgłosu. Nie dla mnie poświęcanie swoich przekonań, by dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Do tego typu ludzi i kapel mam mały szacunek, bo trudno inspirować się kimś, kto jedynie walczy o popularność i robi coś dla pieniędzy zamiast szerzyć jakieś idee.

B: Ciekawy pogląd. Wróćmy jednak do ewentualnej nowej płyty. Jeśli miałaby się ukazać, to kto byłby wydawcą? Nadal Odium Records, czy ktoś inny, na przykład Godz ov War?

N: Heh, tak się składa, że rozmawiałem na ten temat z Gregiem kiedyś. GOW jest “wypchany po brzegi” szeregiem wydawnictw, więc nie było takiej opcji. Rozmowa miała miejsce jakieś dwa lata temu chyba i z żalem musiał odmówić, bo plany wydawnicze miał do przodu na jakieś półtorej roku. Jeśli zaś chodzi o Odium Records, to był to jednorazowy strzał. W tamtym czasie miałem kontakt z Shadowem, który zaproponował współpracę. Zaoferował warunki, które były dla nas korzystne. Miałem wówczas wrażenie, że po dłuższej przerwie w działalności kapeli i istotnej zmianie w składzie, wydawcy nie chcieli ryzykować, bo być może będzie zupełnie inne granie etc. Shadow nie miał z tym problemu. Jeśli zaś chodzi o nowe albumy i reedycję starych materiałów, które w końcu się ukażą, to będzie inny wydawca. Na chwilę obecną nie zamierzam jednak zdradzać szczegółów. Nowy wydawca to nasz dobry kolega z Wrocławia, który wydał już kiedyś live split z BESATT. Ufam, że to będzie owocna współpraca.

B: No to warto będzie czekać. A właśnie, jak już wznowienia, to czy ukażą się one również na nośnikach dziś chodliwych, czyli kasetach czy winylach?

N: Jeśli chodzi o reedycje, to nasz materiał „Storming the House of God” ukazał się jakiś czas temu nakładem Werewolf Promotions. Nie robiliśmy z tego wielkiego hałasu, natomiast jest jak najbardziej dostępny na kasecie. Co do nowej płyty – bardzo mi zależy, by wydać ją również na winylu, aczkolwiek niewielu wydawców decyduje się na taki krok. Powodem są rzecz jasna koszty, choć bardzo zależy mi, by również reedycja “Storming…” i splitu z MOONTOWER – „Devil’s Incarnation” – ukazały się na placku. Reedycja oczywiście ukaże się na CD i będą to dwa pierwsze materiały.

B: Jak już gadamy o nośnikach, to jaki jest Twój ulubiony? Płyta CD, czy jednak kaseta lub placek, a może nowocześnie całkiem, czyli MP3?

N: Niestety, muszę się przyznać, że obecnie jest to MP3. Wynika to przede wszystkim z wygody, nie wymaga przestrzeni, a ja sporo podróżuję i zbyt często zmieniam miejsce zamieszkania. Oczywiście w aucie wala się kilkadziesiąt płyt CD. Jeśli idzie o kolekcjonerkę, to swego czasu hardo to praktykowałem zbierając głównie kasety, ale i CD, w mniejszym stopniu winyle. Miałem ich dobre kilkaset. Niestety w dość ‘dramatycznych’ okolicznościach straciłem całe zbiory. Wszystkie kserowane ziny, a także kompletną kolekcję: Thrash’em All, Mystic Art z czasów, gdy Mystic był jeszcze zajebistą wytwórnią, Vox Mortis’y, katalogi Pagana, które kolekcjonowałem z zapałem, Morbid Noizz’y etc. Wszystko trafiło podczas mojej nieobecności na wysypisko śmieci, wtórując innej osobistej tragedii. Oba dramatyczne wydarzenia skutecznie zniechęciły mnie do odtworzenia utraconej kolekcji czy utworzenia nowej. Dziś ograniczam się jedynie do wymian z innymi kapelami i bardzo rzadko nabywam jakąś płytę, czy kasetę. Wciąż majaczy gdzieś tam wizja straty wcześniej czy później. Obecnie mam łącznie jakieś sto pięćdziesiąt płyt, ale nie jest to kolekcja, która mnie definiuje, a raczej chaotyczny zbiór z wymian etc.

B: Współczuję. Ale wspomniałeś o zinach, to jak oceniasz dziś ziny w Polsce? Wróżono koniec papierowyvh zinów, te zaś mają się obecnie całkiem dobrze i jest ich, przynajmniej w Polsce, całkiem sporo.

N: Polska „scena” zinowa zawsze była interesująca. Dziś mamy jednak portale społecznościowe, które niestety pierdolą wszystko w tej kwestii. W czasach, gdy Internet nie był tak ogólnodostępny, to ziny dosłownie się pochłaniało, gdyż zapewniały sporo cennych informacji na temat podziemia i nie tylko. Uważam, że “ziniarstwo” w PL ma się nie najgorzej, zarówno drukowane jak i w sieci. Osobiście lubię czasem zerknąć do jakiegoś webzine’a, z rzadka wpadną mi w ręce drukowane. Te drugie utrzymują ducha półświatka metalowego, gdzie ludzie w osobliwy dla siebie sposób, przekazują światu ciekawe informacje, wywiady, relacje z koncertów, czy recenzje płyt, o których nie dowiesz się tandetnych, ogólnodostępnych czasopism. Niestety przewlekłym problemem współczesnych zinów jest często niski poziom języka i masa błędów. Albo “relacje” z koncertów, pisane przez typów, którzy najebali się już na próbie dźwięku, tudzież supporcie, i dokonują w swych wypocinach rekonstrukcji zdarzeń.

B: Dobrze powiedziane. Przypomina mi się jeden z poglądów, jakie kiedyś usłyszałem, że Internet zabił underground w jego starej formule. Zgadzasz się z tym?

N: To nie Internet, a ludzie zabijają underground. Internet jest po to, by ułatwiać życie. Jestem przedstawicielem pokolenia, które dobrodziejstwo sieci rozumie i potrafi docenić. Problemem jest czynnik ludzki. Jeśli mnie zniechęcają webziny, fora, czy papierowe ziny, to winni są temu jedynie ludzie, którzy piszą bzdury. Powinno się kłaść większy nacisk na jakość pisania. Jeśli ludzie będą robić to dobrze, pisać ciekawiej, nie popełniać gaf językowych etc., to będzie chciało się zagłębiać w lekturę. Papier niestety przyjmie wszystko. Internet jeszcze więcej.

B: O, to musimy się w gronie redakcyjnym chyba ograniczać z pisaniem o wychodzeniu do kibla, czy na fajek, heheh.

N: Nie no, wysublimowane poczucie humoru (tylko takie preferujemy w Chaos Vault – dop. Bart) zawsze jest dobre, bo to igranie z inteligencją. Jeśli ktoś taką posiada, to zrozumie żart. Rzecz tkwi w atrakcyjnym przekazie. Poczucie humoru tak, głupota nie.

B: No dobra, zostawiając tematy około muzyczne, przejdźmy do czegoś bardziej “normalnego”. Nechrist, szpiedzy donieśli mi, że dbasz o swoją tężyznę fizyczną i chętnie biegasz oraz jeździsz na rowerze, zaś w Zielonej Górze otwarto niedawno nowe trasy. Planujesz wykręcić jakieś osiągnięcia sportowe w tym roku?

N: (śmiech) Plany do osiągnięć są zawsze. Istotnym jest, by zmotywować się do treningów, a ambicje są zawsze. Tak się składa, że rower był zawsze nieodłącznym elementem mojego życia. Wiele osób mnie z tego kojarzy, często bardziej niż z muzą. Wychodzę z założenia, że dla utrzymaniu niezbędnego balansu w życiu oprócz Metalu i alkoholu, potrzeba też aktywności fizycznej, która wpływa pozytywnie na samopoczucie i pomaga przewietrzyć łeb z tego całego gówna życia (o, jak się zgadzam! – dop. Bart). Dla mnie to takie cielesne katharsis. Uprawiając sport jestem w stanie wyłączyć się z życia codziennego, przewietrzyć głowę i przemyśleć wiele rzeczy. Bieganie, jak również jazda na rowerze pomagają się w ten sposób oczyścić. W moim wypadku działa to bardzo dobrze. Sport daje frajdę, aczkolwiek zauważyłem, że jest jakiś “trend” w tym kierunku, na bycie “fit” etc., co mnie mocno bawi.

B: No faktycznie, jest teraz moda by być turbomegafit, uprawiać crossfity i chuj wie co, byle tylko się pokazać.

N: Znam masę ludzi, którzy mnie śmieszą obnosząc się z tym nad wyraz. Rzeczywistość zaś łatwo to weryfikuje. Ja robię, to co lubię i będę to robić. Polecam ruszyć się częściej z domu.

B: Zacnie. A oprócz biegania i jazdy na rowerze uprawiasz jeszcze jakieś inne dyscypliny sportu?

N: Nie, w podstawówce uprawiałem karate. Dzięki temu udało się czasem uniknąć “skomplikowanych” sytuacji. Generalnie trenowanie sztuk walki w młodym wieku procentuje na przyszłość. Jak zadałeś to pytanie, to mi się przypomniało, że Nergal i Baal intensywnie ćwiczyli kiedyś sztuki walki. Mieli nawet własny system.

B: Baal, to mogę zrozumieć, ale że Nergal kroczył drogą smoka, to trudno mi uwierzyć. Tym bardziej, gdy przypomnę sobie anegdotkę Baala, że musiał bronić Człowieka Czoło, gdy do jego domu wbił się typ z Perunwita i groził wpierdolem.

N: (śmiech) Znam kilka takich historii. Będąc w liceum lubiłem tym bardziej czytać podziemne ziny, bo tam było takich opowieści sporo. Dawno temu głównymi bohaterami takich akcji byli często przedstawiciele naszej zielonogórskiej sceny, głównie Witchmaster i Profanum.

B: Na profilu Witchmastera pojawiło się ostatnio zdjęcie, na kórym uwieczniono przygodę Bastisa z milicją. To było chyba z gigu w Żaganiu bodajże.

N: Owszem, ale o szczegóły musiałbyś zapytać Bastisa, aczkolwiek faktycznie to było z jakiegoś koncertu. Zamieszki z policją są wpisane w tę muzę. Nie wiem dlaczego, ale mi to zdjęcie kojarzy się z epoką pierwszych edycji festiwalu w Jarocinie.

B: Mi zaś z opowieściami o tym, jak milicja przyjeżdżała na koncerty, spuszczała wszystkim wpierdol za nic, a potem odjeżdżała konfiskując przy okazji cały osprzęt jaki się ze sobą wtedy brało.

N: Moje pokolenie już tego nie doświadczyło. No może nie w takiej formie. Pokolenie przełomu lat 70/80 było chyba ostatnim, które miało do czynienia z bijatykami, które nie kończyły się, jak dziś, na kilku obelgach. Konkretnie można było dostać w mordę, przy okazji stracić koszulkę i in. Mnie w sumie też przynajmniej raz nie udało się dotrzeć na koncert. Jako gówniarz w 1999 roku pojechałem na MARDUKA do Poznania. Był jeszcze Angel Corpse, Enthroned i Yattering. Straciłem kilka naszywek i nabawiłem paru siniaków. To były czasy, kiedy nie jeździło się w pojedynkę na takie koncerty. Ja popełniłem ten błąd. Bilet z tego gigu miałbym do dziś, gdyby kilka lat temu nie trafił na wysypisko śmieci wraz z masą innych “pamiątek”…

B: Ha, krojenie wtedy miało się dobrze.

N: Owszem. “Gimby nie znajo”.

B: Nie znajo.

N: Dodam jeszcze, że koło Zielonej Góry jest miejscowość, Nowa Sól, która słynęła z największych napierdalaczy i „kosiarzy”. Jak były wyjazdy PKP np. na Metalmanię i wpadało kilku z Nowej Soli do wagonu, to cały pociąg drżał, bo momentalnie umieli oddzielić pozerów od reszty i była czystka. I traciło się koszulkę, bluzę, zęby itd. Paru z tych zabijaków było dziś na koncercie. Kiedyś to było.

B: Tak to się robi w rejonie Zielonej Góry. Niech każdy czytelnik uważa, gdy będzie się tu zapuszczał na koncerty. I tak dobrnęliśmy do końca wywiadu. Dzięki za rozmowę i ostatnie słowo należy do Ciebie.

N: Wspierajcie podziemie i myślcie samodzielnie!

Autor

58 tekstów dla Chaos Vault

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *