Pokochałem muzykę Slægt od pierwszych dźwięków „Domus Mysterium“, a że odpaliłem sobie ich promo w drodzę do Pathologista od razu zmoletsowałem go „kurwa, stary, sprawdź sobie, genialna kapela“. A że jestem taki, że lubię się dzielić swoimi małymi odkryciami – podzieliłem się też z Wami swoimi przemyśleniami na temat tego zespołu. I od razu poczułem, że chcę zwywiadować ten band. Okazało się, że nie ma najmniejszego problemu. Oskar, który jest założycielem tej grupy do tego okazał się bardzo komunikatywnym typem, więc myślę, że sporo będziecie sięmogli dowiedzieć z naszej rozmowy. Nie przedłużam więc i zachęcam gorąco do zapoznania się z tym zespołem, a zwłaszcza z ich drugim albumem, któy ukazał się dosłownie parę tygodni temu ze znaczkiem Ván Records. Przed Wami – Oskar J. Fredriksen.

Oracle: Hailz! No to na wstępie Wam powiem, że Waszą muzykę poznałem dopiero niedawno i zdaję sobie sprawę, że to olbrzymie zaniechanie, ale po tym jak odsłuchałem „Domus Mysterium” nie mogę wyjść z podziwu dla Slægt. Jak myślisz, ilu nowych fanów przysporzył Wam ten album?

Oskar: Hello! I od razu dzięki! Cóż, kto wie, ilu fanów poznało naszą muzykę po tym wydawnictwie? Mam jednak nadzieję że więcej niż dotychczas, tak przynajmniej to wygląda. Więc póki co jest dobrze. Album ukazał się dość niedawno, bo miesiąc z kawałkiem, zobaczymy więc co czas przyniesie. Jak już się rzekło, jak na razie jest dobrze i mamy dobre przeczucia.

Oracle: Nie wiem, czy jakiś polski zine zdążył Was już odpytać, ja w każdym razie nie znalazłem żadnego wywiadu ze Slægt w polskim języku, czy mógłbyś więc przybliżyć nam początki zespołu? Slægt powstał sześć lat temu, ale podejrzewam że to nie wasz pierwszy zespół?

Oskar: Nie, nie pamiętam, żeby ktoś wcześniej z Twojego kraju kontaktował się z nami w sprawie wywiadu. I cóż, owszem – Slægt nie jest pierwszym zespołem dla żadnego z nas. Slægt założyłem sam w 2011 roku, bo miałem wówczas już sporo pomysłów na pierwsze demo. Nie znałem wówczas jednak odpowiednich ludzi, z którymi mógłbym zrealizować tenże projekt, zrobołem więc wszystko sam. Gdy miałem już materiał na pierwszy album (“Ildsvanger”) skontaktowałem się z naszym aktualnym bębniarzem Adamem, bo słyszałem jego grę w Reverie i byłem pod olbrzymim wrażeniem jego umiejętności. To on pomógł mi z perkusją na tym albumie. Po tym wyglądało na to, że ten projekt umarł. Nie napisałem żadnego nowego materiału, ale potem nagle idea zagrania na żywo pojawiła się sama. Skład do grania skompletował się z przyjaciół Adama. Na początku naszych wspólnych koncertów nie było żadnych nowych utworów, nie pracowaliśmy nad nimi, było to tylko granie na żywo. Potem, powoli powoli zacząłem poznawać ludzi współtworzących ten zespół, zarówno na stopie muzycznej jak i osobistej i znów zaczynałem być kreatywny. Dojrzałem nowe możliwości, na przykład jak ta, że drugi gitarzysta Anders jest o wiele lepszym głównym gitarzystą niż ja. Mogłem więc pójść głębiej w riffy czy akordy, które stawały się coraz bardziej rozwinięte, w prawdziwe solówki i tak dalej… Z czasem zaś… patrz, to już dwa i pół roku w tym składzie… z czasem więc stawaliśmy się coraz bardziej zespołem ”na prawdę”, gdzie każdy jest zaangażowany w proces powstawania utworów i tym podobne. Szło nam bardzo dobrze, ja również czułem, że jest to coś specjalnego. Kto wie, co będzie dalej.

Oracle: A co oznacza Wasza nazwa? Czytałem, że ma to coś wspólnego z relacją, czy z pokrewieństwem…

Oskar: ”Slægt” oznacza stare duńskie słowo, oznaczające coś w stylu “spadkobierstwo / linię krwii / więzy krwi”. Wybrałęm je, bo dobrze brzmi, a do tego ma szlachetny charakter. Ale nie myśleliśmy o jakimś konkretnym znaczeniu, gdy je wybieraliśmy. A już na pewno nie jest w to wplątane żadne romantyczne czy narodowe gówno.

Oracle: OK, Wasze pierwsze wydawnictwo zatytułowane po prostu “Demo” ukazało się w zawrotnej ilości dwudziestu pięciu sztuk. Szczęśliwie znalazłem je na jutjubie, odsłuchałem i cóż… nie jest takie złe, jakkolwiek Wasze inspiracje różnią się obecnie od tych z czasów tego materiału. Powiedziałbym, że słyszymy tam dużo Morbid, może starego Mayhem, Darkthrone…

Oskar: Tak, pierwsze demo ukazało się w limicie dwudziestu pięciu lub trzydziestu sztuk o ile dobrze pamiętam. Nie chciałem robić więcej taśm niż to konieczne i skończyć w ostateczności ze stoma kasetami, których nikt nie chce kupić. Postawiłem więc na taki dość mały limit, który wyprzedał się rzczywiście dość szybko. Oczywiście, zespoły o których mówisz były wówczas naszą inspiracją, nadal zresztą są. W tamtym czasie byłem zresztą o wiele bardziej zinspirowany, I to stylistycznie a nie wewnętrznie, a żeby być bardziej konkretnym to scena francuska – przede wszystkim zespoły French Black Legion – były dla mnie największą inspiracją. Na równi z samotnymi spacerami duńskimi lasami. Obecnie większy wpływ na mnie ma to co czuję, co znajduje się wewnątrz mnie, jakieś pośrdenie przeżycia i doświadczenia w miejsce konkretnych stylów muzycznych czy konkretnych zespołów.

Oracle: Wspomniany debiut, “Ildsvanger”, ukazał się w trzy lata po Waszej demówce. W międzyczasie wydaliście jeszcze split z White Medal. Podoba mi się ten materiał, nawet jeśli wciąż brzmi kiepsko jak demówka – oczywiście w dobrym sensie. Poza tym słychać progres – numery są trochę bardziej złożone, tu i tam słyszymy gitarę akustyczną, trochę heavy metalowych patentów, lecz wciąż mamy do czynienia z black metalem, prawda?

Oskar: Tak, myślę że masz rację, ale rówocześnie dokładnie słychać że w drodze jest już “Beutiful & Damned”. Słychać to na “Ildsvanger”, jeśli tylko będziesz odpowiednio skupiony. Nawet jeśli tylko w pewnych momentach – one tam są.

O.: Uważam, że Wasze kolejne wydawnictwo, czyli “Beutiful & Damned” jest swoistym kamieniem milowym, lub inaczej – punktem zwrotnym. Moim zdaniem te cztery kawałki pokazują jasno, że pochodzicie z Danii – jeśli wiesz co mam na myśli. Ale na wszelki wypadek podkreślę: wpływy Mercyful Fate są tutaj dla mnie bardzo dobrze słyszalne, nawet jeśli w doskonały sposób zmieszaliści je z black metalem. A więc – co spowodowało, że poszliście tą drogą?

Oskar: To nie była jakaś zaplanowana i umyślna zmiana, a raczej naturalny rozwój. Pewnie wynikło to z tego, że od wydania ”Ildsvanger” minęło sporo czasu, a ponadto fakt, że zaczęliśmy grać na żywo, o czym zresztą już wcześniej mówiłem, wpłynął na to, że mieliśy teraz więcej możliwości, z których korzystaliśmy I do których tak naprawdę cały czas nas ciągnęły – by muzyka była świeża i ekscytująca dla nas jako muzyków i artystów.

Oracle: Zmianie uległa nie tylko muzyka, ale i język Waszych tekstów. Dlaczego porzuciliście duński i zaczęliście śpiewać po angielsku? Miało Wam to przysporzyć popularności?

Oskar: Decyzja, aby przejść z duńskiego na angielski wzięła się poniekąd stad, że chciałem się po prostu sprawdzić. Łatwo jest mi wyrazić siebie w moim własnym, duńskim języku, chciałem się jednak przekonać, jak pójdzie mi w angielskim. Wydaje mi się, że póki co odnoszę na tej drodze sukcesy.

Oracle: Ok, muszę to powiedzieć – o ile do materiały do Waszego debiutu włącznie sprawiały, że byliście conajwyżej dobrym i solidnym zespołem, o tyle od “Beutiful & Damned” poprawiło się wszystko – muzyka jest lepsza, brzmienie jest lepsze… Pojawiły się takie dobre utwory jak instrumentalny „Church of the Night”… Czy myślisz, że wraz z tą EPką Slægt z chłopca stał się mężczyzną?

Oskar: Powiedziałbym raczej, że staliśmy się prawdziwym zespołem, takim w którym wszyscy coś wnoszą i jest to mniej więcej równy wkład – jakkolwiek efekty tego mogą leżeć na różnych płaszczyznach.

Oracle: I w końcu dotarliśmy do Waszego nowego albumu, którym jestem po prostu oczarowany. Serio, nie mogę znaleźć na nim słabego momentu. Czytałem, że proces tworzenia utworów trwał cały czas i pomiędzy „Beutiful and Damned” i „Domus Mysterium” nie ma przerwy – moim zdaniem jest to bardzo wyraźnie słyszalne…

Oskar: Rzeczywiście, mieliśmy napisanych już kilka utworów z „Domus Mysterium” w momencie gdy ukazywało się „Beutiful & Damned” (czyli pod koniec 2015 roku), a żeby dokończyć ten krążek potrzebowaliśmy jeszcze coś około roku, a może trochę więcej…

Oracle: Myślę, że ten album równocześnie jest bardzo świeży – o ile nie ma tam żadnych patentów, których jeszcze byśmy w metalu nie słyszeli, jednakże sprawiliście, że brzmi to naprawdę świetnie – miks black metalu i heavy metalu w moich uszach zawsze się obroni. Do tego to magiczne / okultystyczne tchnienie, emocje… Trochę kojarzy mi się to pod względem feelingu z takimi zespołami jak Tribulation, Vampire czy Reverie (gdzie zresztą macie wspólnych członków), nawet jeśli te zespoły poruszają się raczej w death metalu niźli w blacku…

Oskar: Myślę, że wszystkie wspaniałe zespoły przez lata cechowały się poczuciem otwartości i ciekawości, jeśli idzie o płaszczyznę muzyczną, jako części tego co zamierzały zrobić – stąd też często ich muzyka jest amalgamacją ich wszystkich inspiracji. Weźmy na przykład taki Bathory: sam Quorthon mówił, że jego pierwsze inspiracje to Motörhead, Black Sabbath i G.B.H. – bardzo różnorodne, ale wciąż był to hard rock (tak, w moim słowniku punk rock to też hard rock) i metal. A jak też gdzieś czytałem, siedział on głęboko w muzyce klasycznej i orkiestrowej. Podobnie jak i w The Beatles. Nie twierdzę, że słychać u niego dużo The Beatles, czy że w ogóle ich słychać, ale orkiestracje już raczej tak. A chodzi mi o to, że większość muzyki wartej wysłuchania i poświęcenia jej czasu (czy też sztuki ogółem) przychodzi od osób otwartych na rożne wpływy, które następnie łączą w całość, w swoim własnym unikalnym stylu – w taki sposób wyrażają oni siebie za pomocą narzędzi, które mają dostępne.

Oracle: Zarówno debiut jak i drugi krążek mają bardzo ciekawe, symboliczne okładki. Nie ma na nich żadnych trupów, pentagramów i tak dalej… żadnego metalowego cliche… Możesz powiedzieć coś więcej o tym, co widzimy na okładkach „Ildsvanger” I “Domus Mystrium”?

Oskar: Okładka “ Ildsvanger” jest autorstwa kolesia, który stoi za Posh Isolation, labelem który wypuścił ten album. Zażyczyli sobie bowiem pełnej kontroli nad stroną wizualną albumu (czyli również okładki) i to coś, czego żądają od swoich wszystkich kapel, w zamian za to, że wypuszczą dany krążek. Musisz więc sam ich zapytać, co konkretnie przedstawia ta okładka. Dla mnie to coś w rodzaju labiryntu, więc w połączeniu z emocjonalną warstwą albumu – znaleźć się w miejscu, w którym nie ma nadziei i z którego nie ma wyjścia. Jeśli zaś mowa o “Domus Mysterium” – na okładce znajduje się symbol zwany Okiem Diabła (a na albumie znajdziesz utwór zatytułowany “Eye of the Devil”), ten symbol jest dla nas bardzo osobisty i w zasadzie nie ma powiązania z niczym – dla nas reprezentuje on rdzeń energii, w którym energia ta jest tak silna, że nie może zostać utrzymana, wyłamuje się więc i zdaje się otaczać nagle wszystko dookoła. A z ciekawostek – w szwedzkiej książce dla dzieci „Bracia Lwie Serce” jest taka postać – tyran zwany Tengil. W ekranizacji posługuje się on pewnym symbolem, a my wzięliśmy go i zrobiliśmy z niego cztery. To zaprowadziło nas do znalezienia swojego symbolu – poza tym lubimy nawiązanie do „Braci Lwie Serce” i ich przeciwieństwa w osobie Tengila w tej historii.

Oracle: OK, a teraz z innej beczki – spotkałem się z taką opinią na temat Slægt, że jesteście kiepskim zespołem na żywo – a prynajmniej tak napisano o Was w relacji z Chaos Descends Festival, heh… Nigdy nie miałem okazji tego jednak sprawdzić, a bardzo bym chciał – jak myślisz, o co chodziło temu kolesiowi? Zwłaszcza, że graliście z zajebistymi kapelami…

Oskar: Widać ten koleś musiał złapać nas, gdy mieliśmy gorszy dzień, a może po prostu nie leżało mu to co robimy. Niestety, nie możesz zawsze nawiązać więzi z każdym kto akurat ogląda Twój koncert. Musiałbyś więc jego zapytać…

Oracle: Debiut ukazał się nakłądem Final Agony Records – niezbyt znanego labelu, natomiast kolejna Epka wyszła w kooperacji Necroshine Records oraz Iron Bonehead Productions. Druga płyta dostępna jest zaś dzięki Van Records. Dwie ostatnie nazwy zawsze przykuwają moją uwagę. Czy wypuszczanie krążków w takich labelach to dla Was jakaś nobilitacja, czy może masz w dupie to tak długo, jak długo wydawca jest wobec Was uczciwy?

Oskar: Cóż, tak długo jak ludzie z którymi pracujemy mogą zrealizować naszą wizję, tak długo chcemy z nimi pracować. Przede wszystkim robimy to wszystko, by agrać wspaniałą płytę ze wspaniałą muzyką, nie motywują więc nas góry złota. Nasze dzieło zawsze jest na pierwszym miejscu. Dopiero potem przychodzą różne inne rzeczy, jak finanse, różnego rodzaju ewentualne kooperacje, trasy i tak dalej…

Oracle: W mojej opinii brzmicie trochę w stylu vintage, a mimo to świeżo – ot, paradoks – I myślę, że ludziom naprawdę się to podoba. Mnie w każdym razie bardzo. Czy czujesz się jak kapela vintage, oddająca hołd zespołom z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych?

Oskar: Nie, w ogóle się tak nie czujemy. Jestesmy tutaj, tutaj jest teraz i tylko to się dla nas liczy.

Oracle: Może się nie znam, ale jesteście dość młodymi muzykami, jednak Wasze umiejętności są naprawdę bardzo zaawansowane. Zarówno jeśli chodzi o technikę jak i o pisanie świetnych utworów. Jak dawno zaczęliście przygodę ze swoimi instrumentami?

Oskar: Mogę mówić tylko w swoim imieniu, gram mniej więcej od dwunastu – trzynastu lat, choć oczywiście były okresy w których traktowałem to bardziej na serio. Jak na razie Slægt jest moim najlepszym projektem. Grałem wiele gatunków muzyki, a do tego nie zawsze na gitarze. Ale zawsze skupiałem się na tym, by pisać świetną muzykę, bo przecież to o to w tym wszystkim chodzi.

Oracle: Oczywiście. Ok, „Domus Mysterius” to bardzo ambitny album, nie obawiasz się, że będzie Wam trudno przeskoczyć tę poprzeczkę?

Oskar: Nie, niekonienicze. Zawsze koncentrujemy się na jednym utworze w danym momencie, a kolejna porcja numerów będzie brzmiała, tak jak będzie brzmiała. Nie jesteśmy przecież jakimiś mistrzami – my po prostu pomagamy tym utworom się zmaterializować i wyjść na światło dzienne. Jestem pewien, że NASZĄ ambicją będzie to, by kolejny album był przynajmniej tak samo dobry – bo zawsze dążymy do tego, ażeby kawałki były tak dobre jak to tylko możliwe. A więc nawet jeśli nie wyjdzie nam nic „epickiego” na kolejnym wydawnictwie nie znaczy to, że nie poświęciliśmy mu dostatecznie dużo czasu. Zobaczymy.

Oracle: Czytałem, że tytuł „Domus Mysterius” zaczerpnęliście z utworu Leonarda Cohena. Sam mówiłeś, że nie ograniczasz się, co bardzo doceniam. Nawet jeśli nie wszystkie inspiracje są u Was wyczuwalne… Zgodzisz się, że ludzie na obecnej scenie metalowej są częstokroć bardzo zamknięci i ograniczeni, nie chcą nawet wściubić nosa poza jakiś określony gatunek, nie mówiąc już nawet o szukaniu inspiracji?

Oskar: Niektórzy są zamknięci, niektórzy są otwarci. Widziałem przypadki oby tych grup i muszę powiedzieć, że fanatycy są w każdym rodzaju muzyki, nie tylko w metalu. Osobiście doceniam otwartość, bo sam podążam tą ścieżką. Ale jeśli ktoś chce słuchać tylko brutalnego death metalu albo nie potrafią słuchać black metalu, jeśli nie ma w nim blastów to co ja mogę powiedzieć – jego strata.

Oracle: Ok, to może na koniec powiedz, czy odkryłeś ostatnimi czasy jakiś dobry, a nieznany jeszcze szerzej zespół, wart polecenia?

Oskar: Antlers z Niemiec, Taphos z Kopenhagi. Aaa, i jeszcze Wulkanaz i ich ostatni krążek „Paralys” – jest niesamowity i ze wszech miar wart polecenia.

Oracle: Dobra, to dzięki za wywiad, mam nadzieję, że się nie zanudziłeś. Liczę, że zobaczę Was w Polsce na żywca! Hailz!

Oskar: Ja też dziękuję! Pracujemy nad tym, by uderzyć w trasę końcem tego roku i przeciągnąć to na początek roku następnego, więc może się rzeczywiście uda!