Saturnalia Temple: „…to nie my wybraliśmy wolne granie, to ono wybrało nas.”

Nieczęsto zdarza się, że po przesłuchaniu demówki jakiegoś zespołu odczuwam chęć konwersacji na jej temat z autorem muzyki. Ale w przypadku szwedzkiego Saturnalia Temple i ich płytki „UR” tak właśnie się stało. Wyciągnąłem więc kilka odpowiedzi od Tommiego Ericssona, które dla niektórych mogą się wydać trochę dziwne. Ale jak widać ten typ tak ma.

Oracle: Witaj Tommy! Na początek, powiedz mi, czym naprawdę jest Saturnalia Temple? Bo dla mnie to brzmi trochę jak wrota do innego świata, haha… Ok., żartuję, ale prawdziwym będzie zdanie, iż „UR” wywarło na mnie ogromne wrażenie, a słowo, które przychodzi mi na myśl to „wibracja” – macie ją naprawdę w swojej muzyce… I przypuszczam, iż nie jestem odosobniony w swojej opinii, co?

Tommy: Saturnalia Temple to muzyczny kanał dla Qliphotycznej [nie wiem czy dobrze tłumaczę – przyp. Oracle] siły i inteligencji. Przybrało ono formę heavy rocka/metalu czy Doom’u. właściwie to nigdy nie zastanawialiśmy się, czy ktokolwiek będzie chciał nas słuchać, ale widzę, że tak właśnie się dzieje i jest to dla nas olbrzymim źródłem radości, zaś Twoje słowa sprawiają nam olbrzymią przyjemność. A wibracja w rzeczy samej jest dobrym słowem do opisania nas, ponownie jestem pozytywnie zaskoczony, iż nasze pozasłowne aspekty współbrzmią z tym.

O.: Hehe, cała przyjemność po mojej stronie. Wracając jednak do Waszej krótkiej historii – sam zespół powstał w 2006 roku, ale wiem, że idea powołania go pojawiła się znacznie wcześniej. Możesz powiedzieć coś więcej na ten temat? Ponoć po latach powróciłeś do zespołów aktywnych ponad trzydzieści lat temu? Powiesz nam coś o początkach Saturnalia Temple?

T.: Dla nas muzyka nie może być zorientowana jedynie na odizolowane pierwiastki, ale powinna być też rozpatrywana jako energia zgromadzona wokół nich. To właśnie tą energią się interesujemy. I w jakiś sposób, ta energia była najsilniejsza u rockowych i metalowych kapel przez pewien okres, w naszej ocenie. Zwłaszcza w późnych latach sześćdziesiątych, wczesnych siedemdziesiątych, ale i w osiemdziesiątych można znaleźć olbrzymi strumień demonicznej inteligencji w muzyce. Te wibracje przechodziły, że tak powiem z rąk do rąk, i nie było tak, że utknęły w jednym zespole, czy u jednej osoby. W ten sposób niektóre zespoły były dobre jedynie w pewnym momencie. Tak jak na przykład Morrisom i The Doors byli olbrzymia inspiracją dla The Stooges – właśnie w ten sposób te wibracje przechodziły dalej.

A wracając do zespołu – na pewno jest to projekt długoterminowy. Wiemy dokładnie, co chcemy osiągnąć. To bardzo introwertyczny proces, odkąd zostaliśmy zainspirowani muzycznie, zaś duchowe wpływy pozostawiamy właśnie po sobie. To właśnie dlatego utrzymujemy, iż przede wszystkim jesteśmy inspirowani przez energię i duchy, które są dla nas zasadnicze. No a jeśli jeszcze o muzycznych wpływach mówimy, to zatrzymały się one, przynajmniej dla mnie, jako osoby piszącej muzykę dla zespołu, w okolicach wczesnych lat osiemdziesiątych.

O.: Właśnie – dla mnie muzyka zawarta na „UR” to hołd dla doom’owych zespołów z rzeczonych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale z o wiele cięższym brzmieniem i mroczniejszą atmosferą. Ale głównym czynnikiem, który sprawia, że Wasze demo kojarzy mi się z tymi kapelami jest wspomniana wibracja i psychodeliczny sznyt. Mam nadzieję, że zgodzisz się ze mną?

T.: W rzeczy samej zgodzę się, co zresztą widać powyżej. Wiele osób, które posłuchały naszej muzyki wspominały o energii i duszy – w dobry lub zły sposób. Mam na myśli to, iż nie są to siły, które można łatwo pozyskać. Uważam również, iż mamy całkiem inne podejście niż inne zespoły, jakie dane mi było widzieć. Świadomie jesteśmy bardzo rozluźnieni, nie kontrolujemy się, by w ten sposób pozwolić tą kontrolę przejąć demonom i duchom. Jeśli czujesz, że chcesz zeskoczyć ze sceny boso, lub chcesz opuścić swe ciało, wówczas jesteś gotowy do przedstawienia.

Jestem bardzo znudzony „dobrymi” kapelami. Mam na myśli zespoły, które są bardzo dobre technicznie, ćwiczą w Sali prób całymi dniami, ale nawet nie pomyślą o duszy, energii, mocy. Kiedy ja wchodzę na scenę, jestem dosłownie opętany. Chodzi mi o to, że od ponad dwudziestu lat praktykuję Magię Ceremonialną, co jest dla mnie jak oddychanie. Pojawiam się tam i jest to dla mnie sprawa życia i śmierci. Również zawsze, gdy mamy próby czy nagrania, przestawiam się na bardzo głębokie stany umysłu. To nie jest granie pod publiczkę, by zabawić widownię, to nie jest żadne udawanie. I nie chodzi tutaj też o tuszowanie braków muzycznych – na gitarze gram już od dawna, również na etapie wielomiesięcznych tras i im podobnych. To po prostu nasza metoda. Powracamy znów…

O.: Metoda, która kurewsko dobrze się sprawdza. Skoro sam zahaczyłeś o pewien temat – jest jeszcze jedna rzecz, która zbliża Was do starych doom’owych kapel. Mam na myśli tematykę Waszych tekstów – myślisz, że okultyzm jest konieczny przy takiego rodzaju muzyce, jaki gra Saturnalia Temple? Bo zdaje mi się, że okultyzm jest również ważną częścią Twojego dnia powszedniego?

T.: Mogę mówić jedynie w swoim imieniu, chociaż żaden członek Saturnalia Temple nie ma awersji lub nie ignoruje tematu okultyzmu. Tak – całkowicie poświęcam się Ścieżce Lewej Ręki i Tradycji Drakońskiej mrocznej magii już od ponad dwudziestu lat. Ci, którzy coś o mnie wiedzą, będą wiedzieli i resztę, Ci, którzy nic o mnie nie wiedzą…cóż…

O.: Cóż… nie będą wiedzieli… ale wracając do muzyki – w tym momencie jest ona dla mnie tak unikalna, iż trudno mi aktualnie przypomnieć sobie inny zespół grający podobnie jak Wy. Ale jest to pozytywna cecha. Prawdopodobnie, gdy piszesz muzyką wali Cię to, czy będzie to oryginalne i jedyne w swoim rodzaju, czy też nie, ale paradoksalnie taką właśnie muzykę tworzysz. Chyba, że Ty znasz jakieś kapele grające podobnie do Saturnalia Temple?

T.: Dziękuję. To prawda, nie dbam o oryginalność. Ale to paradoksalnie jedyny sposób, by ją osiągnąć, w sposób zbliżony do Tao. Nadeszły mroczne duchy, a wraz z nimi na horyzoncie pojawiły się utwory. Sporo czasu spędzam w starej chatce, ukrytej głęboko w szwedzkich lasach. Postawiono ją gdzieś koło 1670 (to pewnie był 1666). To stamtąd płynie moja inspiracja, stamtąd czerpię inspirację – z ponadczasowej atmosfery.

Zbyt aroganckim z naszej strony byłoby porównywanie nas do mistrzów. Ale byłem i jestem inspirowany przez wiele zespołów, wielu pisarzy i artystów.

O.: Dobrze. „UR” najpierw ukazał się jako CD-R, później jako taśma nakładem Nuclear Winter Records. Płytę CD zawdzięczacie z kolei PsycheDOOMelic Records. A jak z wersją winylową – planowana jest taka w ogóle?

T.: Aktualnie trwa process wydawania tego materiału jako gatefold vinyl przez holenderską Monumentum Records (Exodus, Possessed, Black Anvil) ze wzbogaconym artworkiem. To będzie potężne, o czym przekonać się będzie można w okolicach września 2009 roku. Najlepiej sprawdzaj ich stronę internetową (www.monumentumrecords.com).

O.: Nie mam gramofonu. Ale skoro jesteśmy przy labelach – Nuclear Winter Records miało wydać na wiosnę Waszą siedmiocalówkę, a tu już mamy czerwiec i wciąż jej nie ma… Kiedy więc można się spodziewać tego materiału? To prawda, że był on nagrany w tym samym czasie co „UR”?

T.: Nie, utwory na tą epkę zostały napisane w 2007 roku, ale nagraliśmy je w latach 2008 – 2009. Mieliśmy pewne problemy techniczne, ale koniec końców nasza ciężka praca popłaciła i osiągnęliśmy takie brzmienie, jakie chcieliśmy. Mam na myśli to, że nigdy wcześniej nie słyszałem niczego tak ciężkiego. Z tego co obecnie jest mi wiadome, epka jest w fazie tłoczenia. Mam nadzieję, że zobaczymy ją w lipcu! Ponadto w parze z produkcją idzie layout. KTL wykonał na okładkę kopię starego obrazu Fidusa (Hugo Höppenera), zatytułowanego “Lucifer”.

O.: No to piękna sprawa, choć to dość często wykorzystywany obraz. Nie ważne. Nie gracie zbyt dużo koncertów, prawda? Nie sądzisz, że doom metal, a zwłaszcza doom metal w stylu, jaki gracie Wy, wymaga specjalnej atmosfery by przekazać wszystkie te uczucia, które zawarte są na płycie? Skądinąd słyszałem coś o festiwalu w Holandii, na którym to ponoć macie wystąpić. Możesz powiedzieć coś więcej na temat tego wydarzenia?

T.: Cóż, lubię myśleć, że nie potrzebujemy niczego ponad muzykę. Nie potrzebujemy krwi, świec, efektów, make-up’ów i im podobnych (choć oczywiście nie jest to żaden zarzut przeciwko tym, którzy tych rzeczy używają). Przedstawienie opiera się jedynie na nas, naszej muzyce i atmosferze, jaką kreujemy. Tylko od nas zależy, jak to wypadnie. Lubię też wyzwania polegające na graniu w wielu różnych od siebie miejscach. No a więcej gigów planujemy zwłaszcza po wydaniu naszego pełnowymiarowego debiutu w 2010 roku.

Zostaliśmy zaproszeni na Ashes Festival i wygląda na to, że będzie to rzecz dociągnięta ze wszystkich stron, zaaranżowana na wielu różnych perspektywach.

O.: Jeszcze a propos Waszej muzyki. Czytałem, że nie chcecie jej jednakże jako rozrywki, a bardziej jako swego rodzaju doświadczenie duchowe, które pozwala Wam wyrazić swoje uczucia za pomocą dźwięków. Jakiego rodzaju są to uczucia, które chcecie przekazać słuchaczom?

T.: Ech, możesz przecież przekazać jedynie to, co jest tutaj, prawda? (niektórzy w tym miejscu potrzebują jakiejkolwiek oceny). W muzyce znajduje się atmosfera, to ją przekazujemy. Niektórzy ją doświadczą, niektórzy nie. Niektórzy coś z tego wyniosą, niektórzy nie. Niektórzy mogą na tym zyskać, niektórzy nie. Nie mogę tego wytłumaczyć żadnymi lepszymi słowami, odkąd nasze wydawnictwa wymagają tego, by konieczne informacje wpływały na ten magiczny, mroczny kanał.

O.: Zgodnie z rzymską mitologią Saturn był bogiem, który dał ludziom prawo, ale i nauczył ich także uprawy winorośli. Oni zaś dla jego chwały składali na ołtarzach ofiary z ludzi. Rozumiem więc, że muzyka Saturnalia Temple jest również czymś w tym rodzaju, tak bezkrwawą ofiarą? Czujesz się trochę jak kapłan, gdy grasz?

T.: Tak, gdy gram muzykę wcielam się w rolę Prowadzą ego Rytuał. Saturn w formie Abraxas ma bardzo głębokie i interesujące konotacje. Saturnalia były świętem, podczas którego cały Rzym zostawał obrócony do góry nogami. My opowiadamy się oczywiście za naszą własną interpretacją, nie jesteśmy ortodoksami religijnymi. Ale Moc Saturna jest mocą przemiany i początku wiodącego w stronę Kultu Śmierci.

O.: To bardzo ciekawe, co mówisz. Ale zajmijmy się na chwilę bardziej przyziemnymi sprawami. Jesteś ex-członkiem Therion, zespołu bardzo popularnego. Nie kusiło Cię nigdy, by na froncie „UR” przylepić plakietkę z napisem „Zespół byłego członka Therion. Kupujcie!”. Wiele osób nie ma żadnych oporów przed takimi zabiegami, nawet jeśli zagrali z jakąś kapelą kilka prób przez kilka miesięcy.

T.: Nie, nigdy nie przyszło mi to na myśl. Opuściłem ten zespół więcej niż dziesięć lat temu. I zawsze nienawidziłem takich naklejek.

O.: Jak i ja. A czy Saturnalia Temple to jedyny Twój band? Panuje powszechna opinia, że muzycy w Szwecji mają więcej zespołów niż palców.

T.: Tak, to mój jedyny zespół. Ale mam też swój rytualny projekt muzyczny Lapis Niger.

O.: Aha. Zawsze podziwiałem muzyków doom metalowych, bo w mojej opinii bardzo trudno skomponować dobrą i powolną piosenkę. Wiesz, kiedy utwór jest tak szybki, jak to tylko możliwe, można ukryć za tym wszelkie braki. W doom metalu coś takiego raczej nie wchodzi w grę, prawda?

T.: Zgodzę się, nawet bardzo się zgodzę. W wolnej muzyce możesz o wiele lepiej bawić się niuansami, uczuciami, energią, atmosferą. Tak więc to nie my wybraliśmy wolne granie, to ono wybrało nas. Ale zawsze siedziałem w wolnej i ciężkiej muzyce, więc wcale mnie to nie zdziwiło. Ale nie tniemy się za tym tempem. Wolne czy ciężkie – to znaczy o wiele więcej niż tylko malejący wskaźnik szybkości. Możemy napisać kawałek o umiarkowanej szybkości, który również będzie ciężki. To raczej zależy od tego, w jaki sposób grasz, jak czujesz tą muzykę i jak bardzo angażujesz się w nią.

O.: A czy nie masz wrażenia, że doom metal powraca do łask? Pojawia się więcej nowych albumów nowych zespołów, stare kapele też nie odpoczywają… Czy to może media bardziej zainteresowały się tym gatunkiem, bo on zawsze prężnie działał?

T.: Z całym szacunkiem do sceny, osobiście nie śledzę jej. Myślę, że piszę lepszą muzykę bez obserwowania, co też akurat dzieje się w muzyce. Czasem ktoś puszcza mi jakieś nowe zespoły i one podobają mi się, ale jakoś nigdy nie kupuję sobie ich albumów. Oczywiście zawsze są jakieś wyjątki, raz na jakiś czas natknę się na jakiś zespół, który jest rzeczywiście dobry, ale w tych czasach… Jakkolwiek, ciężko byłoby nie zauważyć, że przez ostatnie dziesięć lat widać większe zainteresowanie tą muzyką. Może to znak, że osiągnęliśmy szczyt obrzydzenia muzycznego przemysłu, więc sama jakość może znów podniesie się jak trujący odór nad śmietniskiem.

Ale na szczęście w Doom Metalu nie możesz nic podrobić. Wszystko opiera się na jego duchu. I to musi być żywe, by było prawdziwe. Jest nawet ważniejsze od ciężkich riffów.

O.: No tak, zresztą sam mówiłeś gdzieś, że Twoje inspiracje nie przekraczają granicy wytyczonej przez rok 1993. Dlaczego? Czy nie było potem już żadnych dobrych kapel czy płyt?

T.: Z większej perspektywy, to wtedy z grubsza wypowiadałem się o sobie. Mogą być dobre zespoły czy płyty nagrane po tym roku (wiesz, co myślę o tych dobrych kapelach), ale niewiele z nich uważam za interesujące. Po tym roku nie kupowałem już nawet wielu metalowych płyt. Dla mnie najlepsze nagrania w rocku i metalu dotyczą okresu pomiędzy 1966 a 1993, zwłaszcza, że okres ten zawiera w sobie trzy dziewiątki, co dla niektórych może być znaczące. Ale nie uważam nas za zespół retro, nie staramy się kopiować tego, co inni zrobili wcześniej. Podążamy po prostu za naszą muzyczną alchemią i pozostajemy wierni wewnętrznym uczuciom. Nie postrzegam świata jako linearnego konstruktu czasowego, który jest podstawą tej kontemplacji. Zdaję sobie sprawę, że dla jednych może nie mieć to sensu, więc po co tracić energię na wytłumaczenie czegoś, co nie jest wytłumaczalne, lecz jedynie doświadczalne?

O.: Otóż to. Zwłaszcza, że to i tak było by na tyle. Dzięki!

Autor

9683 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *