To będzie krótka rozmowa, bo i zespół nie istnieje długo. R.R. to też gość, który albo opowiada bardzo szeroko, albo dość zwięźle. Ale co tam, muzyka jest taka, że dupę urywa – mówię tu oczywiście o Ripping Death i ich debiutanckiej demówce. Po usłyszeniu tych morderczych dźwięków nie mogłem sobie odmówić zwywiadowania tej kapeli. A więc – do lektury!

 

Oracle: Hailz! Na ten wywiad zdecydowałem się zaraz po tym, jak usłyszałem po ra pierwszy Wasze demo „Tales of the Ripper”, które mnie totalnie rozjebało! Chyba nie tylko mnie, zdaje się, że nie trafiłem na kiepską recenzję…

ripping deathR.R.: Aaaaaaarrrrrrgh!!! Horns Up, Jakub!!! Tak, demo dostępne jest już od jakiegoś czasu i wszyscy maniacy oddani prawdziwemu Podziemiu wydają się być nim zachwyceni! Mamy z kolei nadzieję, że pozerzy je znienawidzą! Jebać ich w dupę!

O.: Na przyjemność muszą zapracować! Ok, nie widziałem też wielu (w zasadzie to jeszcze chyba żadnego) wywiadu, zwłaszcza po polsku, więc mam nadzieję, że nie będzie Wam przeszkadzało napomknięcie o początkach Ripping Death? Kto założył ten zespół, skąd taki pomysł nań i tak dalej?

R.R.: Ripping Deth to jebane, niosące pożogę trio, w skład którego wchodzi Rick Disgrace (szarpiący struny również w In League With Satan), Angel Offensor (znany obecnie między innymi z Sacrificio, a wcześniej udzielający się też w takich morderczych kapelach jak Proclamation i Death Squadron) oraz ja. Przyjaźnimy się od lat, pewnie z dziesięć albo i więcej i wspólnie dzielimy pasję oddawania hołdu podziemnemu metalowi! Idea zespołu wyszła ode mnie i od Angel Offensora. W rzeczy samej, przez wiele lat chodziła nam myśl, by założyć wspólny band, ponadto mamy wspólną obsesję na punkcie death metalowej sceny z Chicago z lat osiemdziesiątych (Cianide, Devastation, wczesny Master, Sindrome, wczesny Abomination i im podobne…), a jakiś rok temu stwierdziliśmy, ze najwyższy czas urzeczywistnić tę wizję. Przez 2015 tworzyliśmy wspólnie z Rickiem riffy, potem opracowaliśmy razem całą resztę. Potem, we wrześniu 2015 roku zebraliśmy się we Włoszech, w niesławnym Mara Cave, by w dwa dni zarejestrować całe jebane demo. Wszystko poszło gładko, co nas nawet zdziwiło. Tak jakbyśmy grali razem od lat. To co słyszysz na demówce to czysty jebany i spontaniczny death metal daleki od wszelkich trendów!

ripping death2O.: Zdecydowanie, zresztą tak jak powiedziałeś, muzyka Ripping Death jest daleka też od tego co gracie w macierzystych zespołach. Proclamation czy Blasphemophagher są raczej osadzone w black metalu (a nawet na pewno), zaś Ripping Death to prosty, prymitywny death metal a’la Master czy Deathstrike. Od zawsze inspirowaliście się tymi kapelami, czy po prostu ostatnio Was oświeciło, że na death metalu możecie szybko zarobić kasę, wyrwać dupeczki i ruszyć w trasę, hehe?

R.R.: Hahahahahaha, nie ma takiej opcji! Jesteśmy opętani przez te grupy od kurwa małolata! Obrzydliwy death metal jak nasz może dać Ci tylko wieczne potępienie, a może nawet marskość wątroby! Ale nie jesteśmy na pewno wszarzami jak Steel Panther czy Watain!

O.: No właśnie, kontynuujecie spuściznę lat osiemdziesiątych i dziwięćdziesiątych. To chyba oczywiste dla każdego, kto przesłuchał Waszą demówkę. Pozostałe zespoły, w których się udzielacie również są osadzone w tamtym okresie pod względem stylistycznym, czy uważasz więc, że to był najlepszy czas dla metalu?

R.R.: Oczywiście, najlepsze lata dla metalu to te najwcześniejsze… Mam na myśli to, że od końca lat siedemdziesiątych do początku dziewięćdziesiątych miała miejsce największa rewolucja w ekstremalnej stronie rocka! Nic takiego się już na pewno nie wydarzy!

O.: Dobra, a jak długo zeszło Wam z komponowaniem numerów na to demo? Sam nie jestem muzykiem, więc zawsze się zastanawiam, jak ciężko jest napisać numer, który będzie ciężki, chwytliwy i prosty zarazem…

ripping death1R.R.: Jak już wspomniałem przedtem, ja i Rick skomponowaliśmy w zeszłym roku riffy i zaaranżowaliśmy całą resztę. A jak weszliśmy do Mara’s Cave to wszystko po prostu z nas wypłynęło! To nic innego jak podziemna metalowa muzyka od maniaków dla maniaków!

O.: „Tales of the Ripper” ukazał się dzięki Iron Bonehead Productions. Słuchali tego w ogóle, czy popatrzyli gdzie gracie i wydali z buta, heh?

R.R.: Pomimo, że Patrick to nasz stary dobry przyjaciel to oczywiście wysłuchał on najpierw tej demówki! Muzyka zawsze na pierwszym miejscu!

O.: Macie może jakieś plany odnośnie wydania tego materiału na kompakcie albo siedmiocalówce? Bo wydaje mi się, że ta muzyka jest warta szerszego rozprzestrzenienia niż sto pięćdziesiąt sztuk.

R.R.: Taśma była limitowana do pięciuset sztuk [mój błąd – przyp. Oracle] i jeśli wydawca zdecyduje się ją na przykład wznowić na winylu czy znów na kasecie to będzie zajebiście! Wersja kompaktowa nie jest przewidziana.

O.: Do scoverowania wzięliście Cianide. Zajebisty pomysł, zwłaszcza że aktualnie często coveruje się np. Autopsy, Death czy Morbid Angel. Od samego początku był taki właśnie zamysł, czy jakoś w trakcie to wyszło?

R.R.: Po prostu stwierdziliśmy, że oddamy hołd jednej z najbardziej niedocenianych kapel w Stanach Zjednoczonych! Oni byli powodem dla którego chcieliśmy grać w ten sposób i jesteśmy z tego kurewsko dumni!!!

O.: Autorem okładki jest Paolo Girardi, a ta jest doprawdy powalająca! Myślę, że obecnie mało kto może się z nim równać. Od samego początku widzieliście jego jako autora Waszego frontcoveru?

R.R.: Kurwa tak! Miałem w głowie ideę okładki do tej demówki i on ją zmaterializował wręcz idealnie! I to w kilka dni! Nie ma takiego drugiego maniaka jak on! Prawdziwy talent! Geniusz!

O.: Jako, że jesteście różnych narodowości i mieszkacie aktualnie w różnych krajach, powiedz proszę jak wygląda życie zespołu? Odbywacie w ogóle jakieś wspólne próby, czy może większość odbywa się jednak poprzez internet? No i co z koncertami, przecież Wasza muzyka jest stworzona do tego, by grać ją live…

R.R.: Utrzymujemy kontakt przez niemal codzienne emaile. Chcemy nagrać nowe utwory tak szybko jak to tylko możliwe, ale biorąc pod uwagę fakt, że każdy z nas żyje na co dzień w innym europejskim państwie (Angel w Hiszpanii, Rick we Włoszech, a ja w Niemczech) nie jest łatwo to wszystko zaaranżować. Mimo to wkrótce zaczynamy rzeczywiście prace nad nowymi utworami, chcielibyśmy bowiem wypuścić coś nowego jeszcze w 2016 albo początkiem 2017 roku… Może byłoby to już nowe LP!

O.: No i zajebiście. Ok, już podkreślałem, że od paru lat mamy boom na oldskulowy death metal, z tą różnicą, że Ripping Death nie należy do tej fali – jesteście od nich starsi, nie gracie po szwedzku… Ale nie obawiacie się, że będą Was wrzucać do jednego worka z tymi zespołami?

R.R.: Nie przejmujemy się tym ani trochę! Byliśmy w Podziemiu, ciągle tam jesteśmy i będziemy aż do naszej śmierci! Należymy tam, skąd bierze się pasja do metalu! Jebać trendziarskie cipki w stylu Tribulation czy Ghost! Niech żyją prawdziwe metalowe kapele jak Gehennah czy Interment! 666, drunk and rock’n’roll!!!

O.: No to pojechałeś, hehe… Ok, to na rozluźnienie i niemal na koniec… Zostało już tylko kilka dni roku 2015 – jaki był więc najlepszy krążek tego roku w Twojej opinii? Przyznam, że dla mnie Wasze demo było jednym z lepszych materiałów, do którego bardzo często powracałem…

R.R.: Hmmm… w sumie to nic nie przychodzi mi do głowy poza Motorhed i ich „Bad Magic”. Eternal Hail dla Króla Królów! Widzimy się po drugiej stronie, Lemmy!

O.: Dobra, to było ostatnie pytanie. Utwierdź nas jeszcze w przekonaniu, że wkrótce usłyszymy coś nowego od Ripping Death i puszczam Cię wolno, haha!

R.R.: Najszybciej jak się da!!! A w międzyczasie… Bang Your Head for the Ripper!!! Aaaaarghhh!!!!