Pamiętam jak z lekkim zdziwieniem ujrzałem reklamę nadchodzącego debiutu Planet Hell „Mission One”. Death Metal z elementami progresji w klimacie futuryzmu? Meh. Jednakże człowiek młody, to i głupi. Po pewnym czasie z ciekawości odpaliłem sobie parę kawałków… i odleciałem w zimny bezmiar wszechświata, po czym, zakupiwszy tego zacnego pełniaka, uznałem za niemal koniecznie wzięcie kapeli na spytki. O tym, że Lem to geniusz, co czeka nas w przyszłości, i że nowe Immolation jest w pytę opowiadał głównodowodzący kapeli, Przemysław.

 

B: Hails Przemo! Wielkie dzięki za zgodę na wywiad! Planet Hell wypłynęło nagle scenę i dosłownie pozamiatało. Jak dotychczas nie spotkałem się z negatywną opinią na temat Waszej kapeli. Spodziewałeś się tak dobrego odzewu?

P: Cześć! Mimo wielu obaw czułem, że będzie dobrze, ale że aż tak to nie. Co recenzja to laurka! Wiesz, w ten album zostało włożone dużo pracy i to słychać, natomiast o gustach się nie dyskutuje. Mam na myśli to, ze teraz na topie są inne style i bardzo cieszy mnie fakt, że jeżeli jest coś naprawdę dobrego, to obojętnie jaki rodzaj metalu grasz, zostanie to zauważone. Inny jest przepływ informacji, niż w czasach kiedy zaczynałem. Wiem, że jest przed nami jeszcze długa droga aby szerzej zaistnieć, a ja wolę siedzieć w sali prób niż na fejsbuku… To wszystko trzeba wyważyć i… robić swoje. Bardzo mnie cieszy fakt całościowego odbioru muzyki i tekstów – całego konceptu. Wiem, że bronią się niezależnie do siebie ale żeby to poskładać do kupy, trzeba wejść całościowo w nasz muzyczny świat. Ludzie to robią, podchodzą do mnie po koncercie, chcą o tym pogadać i to daje mi niesamowitego kopa!

B: Death metal i Lem. Tego dotychczas nie było. Skąd pomysł na taką mieszankę?

P: Planet Hell początkowo był projektem solowym, gdzie chciałem połączyć moje fascynacje dźwiękami dziejącymi się na pograniczu gatunków ekstremalnego metalu z naciskiem na death metal i industrial. Teksty w założeniu miały być w klimacie SF, ale tej twardej, surowej i wręcz analogowej. Nie znoszę plastiku. Lem ze swoim sceptycyzmem i przenikliwym umysłem idealnie się do tego nadawał. Był geniuszem. Jest moim ulubionym pisarzem i porusza się w klimacie, który mi bardzo odpowiada – daje szerokie pole manewru zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Ja muszę tylko uważać, żeby przez szacunek dla niego nie przekręcić intencji pierwotnego dzieła. Studiuję je więc wnikliwie i z niesłabnącą przyjemnością.

B: Pogratulować niewątpliwie należy niezwykle oryginalnego wydania. Już format A5 digibooka jest czymś nietypowym, zaś na szczególną pochwałę zasługuje książeczka z tekstami uzupełniona grafikami Daniela Mroza, co przyjemnie przypominało lekturę „Bajek Robotów”.

P: Te grafiki były idealne – są przepiękne. Bardzo się ucieszyłem, gdy córka Daniela Mroza, pani Łucja zgodziła się na ich wykorzystanie. Z Cyberiady i Bajek Robotów na Mission One pojawiają się opowiadania „Jak ocalał świat” – u nas NothingMachine i „Bajka o maszynie cyfrowej co ze smokiem walczyła” czyli ElectroDragon. Inne grafiki, choć były tworzone dla tychże dzieł, wpasowują się w lemowski świat i bez problemu dopasowałem je do innych utworów. Połączenie tych obrazów z innymi dziełami Lema jest moim pomysłem w ramach dziennika pokładowego Misji Pierwszej.

B: Przemo, czy możesz zdradzić czy i kiedy ujrzy światło dzienne następca „Mission One”? I czy nadal inspiracją do tekstów będzie Lem, czy też sięgniesz ku innym pisarzom sf. Może Philipp K. Dick?

P: Pracujemy już nad Mission Two i tutaj wszystko będzie oparte jedną książkę – o „Solaris”. Jest to najpopularniejsze dzieło Lema ale wcale nie jest łatwe. Jest wiele rzeczy o których trzeba muzycznie opowiedzieć, aby oddać klimat tej niesamowitej powieści. Mam nadzieję, że nasza muzyczna wersja będzie bardziej spójna niż dotychczasowe ekranizacje.

B: Nie da się nie zauważyć, że metal poruszający się w klimatach s-f to nigdy nie jest słaby strzał. Wiadomo, Voivod pierwszy każdemu przychodzi na myśl, ale ostatnie lata wydały na świat także takie kapele jak Vektor, czy Blood Incantation. No i Planet Hell.

P: Z mojej strony nie był to strzał w koniunkturę. Tak jak powiedziałem wcześniej, teraz na topie jest inne granie, choć w mediach wieszczą powrót death metalu. Ten klimat zawsze we mnie siedział. W moich poprzednich kapelach Scream i The No-Mads próbowałem coś z tego przemycić drobnymi wstawkami. Teraz nic mnie nie ogranicza. Zawsze byłem fanem Voivod jako stary thrasher, ale nigdy nie pozwoliłbym sobie na kopiowanie patentów. W death metalu z kolei jako pierwszy w tym klimacie zajawił mi się Nocturnus.

B: Planet Hell ma już ze sobą debiut sceniczny. Odbiór jak dotychczas na żywo jest równie pozytywny?

P: Bardzo ale to bardzo pozytywny! Część publiczności buja się z nami w tym fantastyczno-naukowo-death-metalowym transie, część nie wie o co chodzi ale są pod sceną do końca. Słyszę wiele komplementów na temat umiejętności moich kolegów z zespołu, ludzie chwalą pomysł, całościowe ogarnięcie tematu. Wiele osób rozmawia ze mną po koncercie nie tylko o muzyce, rock’n’rollu i pięknych kobietach ale również o literaturze.

B: I kiedy jakaś większa trasa po kraju?

P: Na razie z przyczyn zawodowych i rodzinnych najsensowniejsze są tylko koncerty weekendowe. Choć jeśli zdarzyła by się możliwość z poważnym headlinerem, moglibyśmy się zmobilizować.

B: Lem był wizjonerem, dziś chyba już status kultowego ma zdjęcie czytnika ebooków z fragmentem jego książki opisującej właśnie… ebooki. Powoli doganiamy wizje futurystów?

P: Ktoś kto wpadł na pomysł zamieszczenia tego zdjęcia ma u mnie piwo! To właśnie tak miało wyglądać. Jesteśmy częścią wszechświata, niektórzy z nas posiadają zdolność patrzenia w przyszłość, patrzenia w gwiazdy. Lem był jednym z nich. Jego wizje były poparte solidną wiedzą i błyskotliwą inteligencją. Wielu futurystów okryło się śmiesznością, Lem się broni. Czytajmy Lema ale nie przyjmujmy wszystkiego bezkrytycznie. Miejmy własny pogląd a rzeczywistość będzie mniej zaskakująca.

B: Jak uważasz, jaka przyszłość czeka ten świat? Epoka podróży w gwiazdy? A może atomowe wyniszczenie, niczym z Waszego utworu „Astronauts” lub też… betryzacja?

P: Na podróże w gwiazdy na razie nasza technologia jest i długo będzie jeszcze zbyt słaba. Odległości za duże. Aby zagiąć czasoprzestrzeń, żeby stworzyć tunele czasoprzestrzenne by dotrzeć do planet podobnych Ziemi w innych układach w wyobrażalnym dla nas czasie, cywilizacja musi mieć zdolność opanowania energii rzędu gwiazdy wielkości naszego słońca. Atomowe wyniszczenie jest bardziej realne – ot cóż to nacisnąć wiadomy guzik w wiadomej walizce? A jeśli chodzi o betryzację, czyli procedurę mającą pozbawić człowieka agresywnych zachowań… Ostatnio widziałem film o nowym futurystycznym motocyklu BMW – ma tyle systemów zabezpieczeń jazdy, że zbędna jest jazda w kasku. Nie mówię tu o miejskim skuteropodobnym piździku z osłonką tylko o pełnowartościowym potworze szosowym. Ileż potrzeba czasu aby ten system sprowadzić do wszczepialnego pod skórę chipa lub aby przeformować białka ingerując w strukturę DNA?

B: Wzięty przez Was pod obróbkę muzyczną „Powrót z Gwiazd” w swej istocie poruszał kilka zagadnień. Sens dalekich, załogowych podróży międzygwiezdnych i uszczęśliwianie człowieka na siłę. To drugie mamy chyba już częściowo dziś, a co z pierwszym? Sądzisz, że dobrym pomysłem byłoby wysyłanie ludzi w głęboką przestrzeń na wiele lat, z ryzykiem, że na Ziemi wszystko ulegnie drastycznej zmianie?

P: Dziś człowiek uszczęśliwia się na siłę na własne życzenie i zgodnie z wolą wielkich koncernów i korporacji. Wolni od tego są na razie ludzie z trzeciego świata i w tym jest ich siła, wchodzą w nasz świat mogą go stopniowo przejąć… Tylko, że motywuje ich chęć bycia częścią naszego świata i koło się zamyka. Nie wiem na ile będziemy mogli opanować tunele czasoprzestrzenne. Może się okazać, że nie będzie powrotu do rzeczywistości jaką znamy. A na ile będzie można wrócić? Czy będzie to tylko jedno pokolenie, czy może rzuci nas wstecz o kilka pokoleń? Myślę, że ludzkość lubi wyzwania i zawsze znajdą się śmiałkowie chętni do podjęcia ryzyka – zarówno w tej formie podróży jak i oldskulowo, jako zamrożeniec w zwykłej kupie złomu o napędzie fotonowym. Już dziś są chętni do podróży na Marsa z biletem tylko w jedną stronę…

B: Wśród swoich ulubionych kapel wymieniasz także Immolation. Jak się podoba ich tegoroczny długograj?

P: Jest to kwintesencja ich stylu. Po tylu latach na scenie trudno spodziewać się rewolucji a i ta nie była by wskazana. Na pewno jest lepsza niż Kingdom of conspiracy – jakaś taka mdła była. Bardzo lubię ich ostatni album i życzyłbym sobie takiej formy Planet Hell po takiej ilości lat od debiutu.

B: Pochwal się także, co tam się u Ciebie kręci ostatnio w odtwarzaczu?

P: Oprócz wspomnianego Immolation ostatni krażek Devin Townsend Project – Transcendence. Idąc tym tropem krążę wokół Kanady z Gorguts i Cryptopsy, często wracam do Strapping Young Lad, Voivod i Rush. Najczęściej słucham muzyki w samochodzie i rano włączam sobie coś ostrego na rozruch, a po południu coś bardziej w stronę rocka progresywnego – na przykład Steven Wilson zarówno solowo jak i z Porcupine Tree.

B: I ostatnie słowo należy do Ciebie! Dzięki za wywiad!

P: Patrzmy w gwiazdy i do zobaczenia na koncertach! Pozdrowienia dla czytelników Chaos Vault, dzięki za wywiad!