Pandemonium zna chyba każdy, kto choć trochę słucha metalu. Ich poprzedni krążek pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie, dlatego gdy ukazało się ich najnowsze „Nihilist” uznałem, że to dobra okazja, by pogadać. O nowym albumie, metamorfozie polskiej sceny oraz o tym, czy veto proboszcza zniweczy koncert opowiadał chętnie i obszernie, Mark!

B: Hails! Na wstępie gratulacje z okazji wydania godnego następcy „Misantrophy”!

M: Dzięki, bez fałszywej skromności powiem, że to nie przypadek, „Nihilist” taki miał do diabła być! 😉

B: Pięć okrągłych lat trzeba było czekać na nowy album. „Nihilist” powstawało gładko czy były jakieś większe przestoje?

M: Jak sam zauważyłeś, minęło pięć lat od ostatniego wydawnictwa, więc nasuwa to podejrzenia, że niespecjalnie było gładko, sielankowo i bezboleśnie. Pierwsze pomysły na numery pojawiły się już 3 lata temu, jednocześnie powstał pomysł trasy sygnowanej hasłem „Devilri” z repertuarem z tejże legendarnej już demówki. Zmiany na stanowisku pałkera wymagały paru miesięcy na ogranie się ze sobą. W międzyczasie okazało się, że problemy zdrowotne Pawła nie pozwolą mu czynnie uczestniczyć w trasie a i przyszłość wspólnego grania stanęła pod znakiem zapytania. Nie byliśmy zatem gotowi na pełny album, zarejestrowaliśmy jednak singiel „Przyjdź Królestwo Twoje” a rok później kompilację z numerami koncertowymi, paroma studyjnymi i coverem Bathorego. Kolejny rok upłynął na zagraniu paru występów i tworzeniu materiału na „Nihilist”, skład zasilili wtedy Major jako drugi gitarzysta a chwilę później Krzysiek „Desecrate” zajmując miejsce Igora, który wcześniej zrezygnował z dalszej współpracy. Od tego momentu spięliśmy poślady i prace ruszyły pełną parą, w sierpniu 2016 byliśmy gotowi na wejście do studia.

B: Jak już wspomniałem wcześniej „Nihilist” jest godnym następcą „Misantrophy”. Każdy kawałek wydaje się być idealnie dopieszczony, ale moją uwagę najbardziej przykuło „Przyjdź Królestwo Twoje”, jedyny wałek w języku Piasta Kołodzieja. Wiem, że był on wydany osobno już jako singiel w 2014 r., ale jego odsłuch nasuwa mi skojarzenia z „Paradygmatem” Infernal War (mimo iż „Axiom” ujrzało światło dzienne w 2015 r.)

M: „Przyjdź Królestwo Twoje” to pomysł Pawła, numer z niepokojącą, sarkastyczną parafrazą chrześcijańskiej modlitwy, w swoim znaczeniu i wymiarze po prostu musiał być zaśpiewany w języku polskim. Zwłaszcza w konotacji z nieustającym religijnym smogiem w naszym pięknym kraju. Jeśli można mówić o jakichś schematach, to na pewno lekko odstaje kompozycyjnie od reszty dokonań Pandemonium, jest progresywno awangardowy, w szczególności w liniach solowych gitar, które w przerwach między wokalizami nadają mu ponurej dramaturgii. Myślę, że to klimatyczny i udany eksperyment.

B: Istniejecie na scenie już 20 lat. Przybliżcie czytelnikom historię kapeli…heheh… żart. Ale za to reflektowałbym na pogląd jak według Was zmieniła się scena Polska przez te 20 lat? Na plus, czy raczej budzące grozę kaptury i muzyka robiona na komputerze?

M: Dobrze, że się wycofałeś z tego żartu, nikt już chyba nie pamięta takiej prehistorii, zresztą ludzie tak długo nie żyją, ha ha. Niewiele rzeczy i zjawisk jest odporne na działanie czasu i naturalną ewolucję, także polska scena metalowa uległa znacznej metamorfozie. Piętno w kulturze metalowej na pewno wypalił powiew zachodu, zagraniczne wzorce, inspiracje, nie tylko te europejskie. Do tego oczywiście technologia i możliwości komunikacji – w marketingu, nawet tym podziemnym, rzecz nieoceniona. Zaskutkowało to odsunięciem kompleksów i wzrostem poziomu muzyki z a w konsekwencji wytworzeniem polskiej metalowej marki wysokiej jakości. Jest i druga strona medalu – obecnie dużo mniejszym problemem jest wypromowanie kapeli i zagranie na festiwalach czy jako suport dla „gwiazd”, wystarczy dysponować odpowiednią gotówką lub jak to bywa w każdej branży show biznesu znać odpowiednie osoby. Spokojnie, zawiść przez mnie przemawia, ha ! Tak bardziej serio, ilość rodzimych kapel z kilkunastu, czy kilkudziesięciu sprzed ćwierć wieku sięgnęła tysięcy i w tej sytuacji recepta aby zrobić dobrą muzykę a później promować ją na dziesiątkach koncertów może okazać się niewystarczająca. Wydaje mi się także, że ten mroczny, artystyczny świat stracił nieco na wyjątkowości i klimacie przez swą ekspansję i masowość, diaboliczne sacrum przeszło do profanum, przynajmniej tak to czasami wygląda. Inna kwestia to biorąc pod uwagę prawidła subkulturowe, niezrozumiały dla mnie wzrost hejtu wewnątrz środowiska . Materia z natury scalająca „wyznawców” spłodziła frakcje obrzucające się gównem w imię wyższości kapeli x nad y. Przypuszczalnie wina Tuska.

B: Nihilizm… dziś to już chyba nie sposób myślenia i bycia, ale moda wyrażająca się w rzucaniu, co jakiś czas, ponurych sloganów i memów. A jak Wy to postrzegacie?

M: Niespecjalnie interesują mnie wszelkie mody, ot kolejny kaprys popkultury a może jednak przejaw narastającej dekadencji ? Nastąpiła ogromna dewaluacja dziedzin sztuki i nauki o ile nie mają bezpośredniego przełożenia na zarobienie przez kogoś masy szmalu. Poznać siebie i naturę rzeczy lub nadać życiu właściwego sensu można głównie poprzez zgłębianie jednego lub drugiego. Tymczasem zamiast rozwijać swoją ludzką świadomość jesteśmy nadal karmieni bełkotem o dobrach wyższych, umieraniu za wykreowane świętości , prawach i zaleceniach moralnych wymyślonych przez czarne lub czerwone świnie u koryta. Obecnie większością wartości można wytrzeć sobie mordę lub dupę w zależności od upodobań i potrzeb, zresztą większość ludzi u władzy, także Kościół czyni to z wielkim upodobaniem dopisując do werbalnej defekacji wielkie idee.

B: Nawiązałem do kwestii nihilizmu, jako mody, nieprzypadkowo, bo nie sposób zauważyć, że współcześnie narasta tendencja do spłycania wszystkiego. Począwszy od myślenia, a skończywszy na muzyce, z metalem włącznie.

M: Zabrzmi pretensjonalnie ale zaczyna się to od edukacji. Przyjąć ustalony punkt widzenia a potem o nic nie pytać, łykać jak pelikan każde gówno jakie Ci zaserwują i cieszyć się, bo za darmo i czasem pochwalą. Wszystko bierze się z potrzeb lub w tym wypadku ich braku. Systemowi nie na rękę idealiści, nonkonformiści, indywidualiści. Każde kłamstwo wygłaszane odpowiednio często staje się tożsame z prawdą. Motłochem stosunkowo łatwo sterować, tłuszcza połakomi się na byle materialny ochłap albo obietnicę wiecznej sielanki po śmierci, nieistotne czy to będą dziewicze kozy czy niebiańskie łąki łaskawe dla boskiej trzody. Nietrudno zresztą zauważyć , że znaczna część społeczeństwa, nie tylko polskiego albo jest pochłonięta zapewnianiem bytu sobie i najbliższym (o co trudno zresztą winić czy krytykować) albo stanowi intelektualny odpowiednik brakującego ogniwa Darwina. Kiedyś niewolnik pracował za jedzenie i dach nad głową, czy naprawdę obecnie ludzie uważają się za „wolnych” ?

B: Jako inspiracje podajecie miedzy innymi Celtic Frost i Samael. Oba (Celtic w wersji obecnie Triptykona, rzecz jasna) nawiedzą kraj już wkrótce, przy czym uwagę zwraca dość wyraźny pogląd, że dziś Samael to zupełnie nie to, co kiedyś i nie nadaje się na headliner.

M: Ujmę sprawę krótko, obecny repertuar Samael to kwestia gustu natomiast całokształt ich dokonań i szmat czasu na scenie zasługują na zasłużony szacunek. Kiedy wydawali „Worship Him” czy „Blood Ritual”, część hejterów na chleb mówiła beb i nie odróżniała gówna od twarogu.

B: Co ciekawe nieco podobne zdanie padło jakiś czas temu na temat Triptykona, że cokolwiek Tom by nie zrobił, żadna „Melana Chasmata”, czy „Eparistera Daimones” nie pobije legendarnego „Monotheist”.

M: Każdy ma prawo mieć własne zdanie, nie rozumiem jedynie potrzeby uznania tego „jedynego, najlepszego”, jak kurwa mać kutasa w marzeniach pensjonariuszki nimfomanki.
Osobiście uwielbiam i Triptykon, i Celtic Frost, wszystko dla mnie to uczta dla ucha, i ducha.

B: A już za moment rozpocznie się Wasza trasa po kraju, wraz z FAM. Spodziewacie się dobrej frekwencji?

M: Jeśli się diabeł okoci, będzie dobrze. Na wszelki wypadek pijemy wywar z ropuch zmieszany z krwią dziewiczą wielbicielek ojca dyrektora jedynej słusznej rozgłośni. Myślę, że będzie dobrze, chociaż na słuszną frekwencję nigdy nie ma pewnej recepty. Czasami przychodzi 300 osób, czasem 80. Zawsze trzeba zagrać tak samo dobrze, bo Ci, którzy przyszli są tego warci.

B: Zapytałem o frekwencję, bo współcześnie bolączką bywa sytuacja, gdy gros „metali” płacze, że nic się dzieje w ich okolicy, a gdy w końcu jest okazja, by czegoś na żywo posłuchać, to wolą posiedzieć na dupie wygodnie w domu, bo żal wydać tych 30 zł.

M: Najczęściej Ci, którzy dali się jednak namówić są bardziej niż zadowoleni. Czasem trzeba powalczyć z marazmem, to dobrze robi na łeb. Miażdżący koncert to jedno, spotkanie się z „wiarą”, wspólne piwko przy pełnych humoru rozmowach do świtu – bezcenne. Warto poczuć, że się żyje a rock&roll najlepiej wypada na żywo.

B: A także, czy spodziewacie się starć z bojówkami chrześcijańskiej zarazy próbującej zakłócać koncerty? Bo, de facto, mimo „katostanu” obecnie to poza już tradycyjnym bojkotem koncertów Golibrody, nie widać jakoś szkalowania metalu i walki z muzyką.

M: Mimo bólu dupy, że oficjalnie nie wstawiono nas na żadną „zakazaną” listę kapel zdarzają się skuteczne wpływy „bogobojnych” parchów. Odmówiono nam kilka razy koncertu ze względu na jakieś szantaże proboszcza czy innej ponurej mendy. Kiedyś pozwolono nam zagrać ale bez scenicznych sutann i wypowiadania słowa na „s”. Dopóki są kluby mające w poważaniu głos „ich magnificencji” niespecjalnie się tym przejmujemy.

B: I ostatnie słowo należy do Was! Dzięki za wywiad!

M: Słowo niech będzie muzyką, przybywajcie na koncerty i oddychajcie pełną piersią. Tu i teraz, nic więcej nie mamy. Pozdro!