Monolithe: „… nie słucham muzyki jako tła do danych czynności.”

No, nieczęsto w Chaos Vault możecie poczytać wywiad z doom metalowymi kapelami. Ale Monolithe oczarował mnie swoją muzyką, nie mogłem sobie więc darować odpytania Sylviana – gość ma głowę na karku, jasno określoną wizję swojej muzyki i zespołu, więc nic tylko mu przyklasnąć. Jeśli ktoś zaś jeszcze nie poznał tych Francuzów, polecam mu nadrobić zaległość, im szybciej tym lepiej.

Oracle: Hailz! Przede wszystkim muszę powiedzieć, że Monolithe to takie moje małe, prywatne odkrycie z zeszłego roku. Nie wiem jakim cudem przegapiłem Wasze wydawnictwa sprzed „Epsilon Aurigae”, no ale dzięki internetowi w końcu dotarłem do nich i bam! – pokochałem. Wielu jest takich ignorantów jak ja?

Monolithe2015

Sylvian: Cóż, dzięki! Myślę, że cały czas możemy polepszyć nasz kontakt z szerszą publicznością, która poznałaby nas trochę lepiej. Wciąż jesteśmy dosyć podziemnym zespołem, nawet jeśli nasza popularność przez ostatnie lata wzrosła.

O.: Generalnie w Polsce rzeczywiście nie jesteście jakoś szerzej znani, więc mam nadzieję, że nie będzie Wam przeszkadzało, jeśli liźniemy najpierw trochę historii? W sumie to gracie już od piętnastu lat. Więc – jak to wszystko się zaczęło?

S.: Wszystko zaczęło się w 2001 roku, gdy postanowiłem założyć zespół, wtedy jeszcze side project. Zaraz po tym nagraliśmy debiutancki krążek “Monolithe I”, na którym udzielił się wokalnie Richard Loudin oraz gitarzysta Benoit Blin, który wciąż jest w zespole. Krążek ukazał się w 2003 roku dzięki Appease Me Records i od tego czasu nabrało to wszystko tempa. Przez ten czas nagraliśmy kilka materiałów – “Monolithe” II, III I IV, a następnie duologię – “Epsilon Aurigae” I “Zeta Reticuli”. Wydaliśmy tez dwie EPki I kompilację. Przez ten czas Monolithe stało się moim głównym zespołem. Ponadto od tego roku zaczynamy grać na żywca, więc stajemy się “prawdziwym” zespołem.

O.: Monolithe składa się obecnie z siedmiu muzyków, o ile dobrze liczę. Sporo. Jak wygląda praca w takiej grupie? Nie wiem, czy można mówić o demokracji, bo gdzieś czytałem, że jestes głównym kompozytorem…

S.: Wyobraź sobie, że aktualnie mamy dwie wersje zespołu. Wersja “live” składa się z siedmiu muzyków, bo potrzebujemy trzech gitar, by odtworzyć wszystkie ścieżki. Wersja studyjna trochę się różni, skłąda się w zasadzie tylko ze ścisłego rdzenia. Może się to jeszcze zmienić w niedalekiej przyszłości, bo chciałbym aby każdy był zaangażowany w nagrania. Ale muzykę komponuję zawsze ja. Nie ma takiej opcji, aby wypaliło to z tak dużą ilością osób – muzyka nie może być rozpuszczona, wizja musi być jednolita więc tu na pewno zostanie tak jak jest teraz. Co oczywiście nie oznacza, że nie ma mowy o żadnej kolaboracji z innymi muzykami raz na jakiś czas, ale to raczej powinno pozostawać wyjątkiem, a nie zasadą.

monolithe

O.: Powiedzmy, że Monolithe gra funeral doom metal. Ale jak na moje ucho to tylko część prawdy. Jasne, tempo jest cholernie wolne, jednak dla mnie ten gatunek zawsze powinien dotykać tematyki śmierci, upadku I tak dalej – teksty Monolithe są raczej w innym stylu, jeśli mogę się tak wyrazić. Z chęcią dodałbym przymiotnik “progresywny” do opisu Waszej muzyki, bo słyszę u Was sporo wpływów na przykład takiego Pink Floyd. Zgodzisz się ze mną?

S.: Szczerze to ta łatka “funeral doom” zaczyna działać mi już na nerwy. Nie mam nic przeciwko funeral doom metalowi jako gatunkowi, ale nie ma on w zasadzie niczego wspólnego z tym co my robimy. Może w przeszłości odrobinkę tego było, zwłaszcza na wczesnych krążkach, ale teraz? Kiedy czytam recenzje “Zeta Reticuli” albo “Epsilon Aurigae” i widzę, że ktoś tam pisze, że brzmi to jak funeral doom metal zastanawiam się “ochujałeś człowieku? Gdzie ty tam kurwa słyszysz funeral doom metal, słuchałeś w ogóle tego albumu?!”… W sumie moglibyśmy nagle zacząć grać reagge I pewnie wciąż znajdowaliby się ludzie określający nas mianem funeral doom metalu. Nie rozumiem tego. Jak już zostało powiedziane, opisanie naszego stylu nie jest proste – jest tam trochę rzeczy nawiązujących do doom metalu, a także jak zaznaczyłeś, do progresji. Pewnie rzeczywiście czuć tutaj Pink Floyd I innych psychodelicznych artystów z lat siedemdziesiątych. Ale na pewno nie można nas nazwać kapelą stonerową, po prostu artyści z tamtej epoki byli bardzo kreatywni i w jakimś sensie czujemy z nimi związek, pewnie ściślejszy niż z zespołami z dzisiejszej sceny. A jeśli chodzi o doom metal to może w jakiś sposób byliśmy natchnieni przez Trójkę z Peacevilee Records (czyli Paradise Lost, Anathema i My Dying Bride) we wczesnych latach, ale też przez ciężar takich kapel jak Bolt Thrower. I innych kapel, szczególnie brytyjskich kapel! Ale raczej nie jest to funeral doom metal…

O.: A to co u Was uwielbiam to ten wspaniały, monumentalny strumień muzyki – trudno jest skomponować takie kawałki? Potężne, wielowymiarowe, ale homogeniczne, zwarte?

S.: Cóż, jako kompozytor nie powiem, że coś jest łatwe czy trudne. Na pewno wymaga to masę pracy I jest to jedyna niezmienna rzecz w całym tym procesie. Poza tym gdy jesteś twórcą muzyki innych tak naprawdę nie obchodzi, co robisz. O jednej rzeczy ludzie zapominają – by zostać osobą kreatywną należy przejść solidną samo-edukację. Wiesz, interesować sie wieloma rzeczami, sięgać cały czas po nowe… W ten sposób wybudujesz katedrę, a nie komórkę na narzędzia w ogródku.

monolithe

O.: Heh, co racja to racja. Oczywiście sam czujesz, że muzyka Monolithe się rozwija? Moim zdaniem czuć to zwłaszcza na “Zeta Reticuli”…

S.: Tak, oczywiście, cały czas staramy się dodawać nowe rzeczy do muzyki. Stagnacja nigdy nie była częścią naszego DNA. Staramy się przekazywać wszystkie te elementy, które wyznaczają osobowość Monolithe z jednego krążka na drugi, ale z drugiej strony pracujemy tak, aby w przypadku każdego albumu nie było wątpliwości, że jest krążkiem Monolithe, a równocześnie by każdy był inny i posiadał własną tożsamość. Lubimy to nazywać „trwaniem w rozwoju”. Może na dwóch ostatnich krążkach rozwinęliśmy to w jakiś sposób, niemniej jednak działamy w ten sposób od pierwszego dnia istnienia.

O.: No właśnie, na tym krążku słyszymy czyste wokale, o ile się nie mylę – po raz pierwszy, czyż nie? Planujecie jeszcze podążać tym kierunkiem, czy było to jednorazowe?

S.: Czyste wokale pojawiają się w numerze „The Barren Depths”. Chcieliśmy zrobić coś takiego, bo uważaliśmy, że w tym konkretnym momencie coś takiego na pewno wypali. Wiesz, praktycznie na każdym krążku eksperymentowaliśmy z jakimiś nowymi rzeczami. Na „Monolithe II” mieliśmy akordeon, orkiestralne części na „Monolithe III”, „Monolithe IV” i „Epsilon Aurigae”, damskie wokale na „Monolithe IV”. Tak więc wrzucenie czystych wokali w miejsce partii growlu jest jedną z takich właśnie prób. Może to w przyszłości powtórzymy, a może nie – nie umiem teraz odpowiedzieć.

O.: „Epsilon Aurigae” i „Zeta Reticuli” to dwie części tej samej historii. O ile wiem, obydwa krążki powstały w tym samym czasie, powiedziałbym więc że to dość duży projekt. Jak długo trwały pracę nad obiema częściami, tak generalnie rzecz biorąc?

S.: Obydwa albumy zostały pomyślane i nagrane jakby były jednym tak naprawdę. Wiesz, taki rodzaj podwójnego krążka. Miałem pomysł wydania podwójnego albumu już od jakiegoś czasu, ale potem pomyślałem, że dobre czasy, w których ukazywały się podwójne krążki już dawno minęły, zwłaszcza że ludzie nie przykładają do nich już takiej wagi, jak powiedzmy robili to w latach siedemdziesiątych. My natomiast chcieliśmy, aby każdy numer zwrócił uwagę słuchaczy, pomyśleliśmy więc, że aby to uzyskać to lepiej będzie wydać krążek w dwóch cześciach, tak jak zrobiło to w latach dziewięćdziesiątych Guns’n’Roses z obiema częściami „Use Your Illusion”. Ale tak naprawdę jest to podwójny album. Natomiast wersja winylowa składa się z dwóch krążków, tak jak miało to mieć miejsce od początku. Oczywiście, aby skomponować i nagrać tego potwora musieliśmy poświęcić mnóstwo czasu. Nie jestem pewien, może około kilku miesięcy, ale było naprawdę warto – myślę, że cały zespół jest zadowolony z efektu.

O.: Każdy z tych dwóch krążków składa się z trzech utworów, a każdy z utworów trwa dokładnie piętnaście minut, ani sekundy dłużej czy krócej. Wydaje mi się, że w Monolithe jest wszystko zaplanowane dokładnie, bez odchyleń – nie ma więc u Was miejsca na jakąkolwiek improwizację, przypadek, spontaniczność?

S.: Cóż, te dwie rzeczy w mojej opinii w ogóle nie są od siebie zależne. Na pewno jest u nas miejsce na spontaniczność. W każdym momencie mogę wrzucić jakąś melodię, riff, motyw, który nagle przyjdzie mi do głowy i stwierdzę, że będzie on świetnie pasował i sprawi, że utwór będzie bardziej interesujący. Ale nie znaczy to, że dany album nie może być precyzyjnie skalibrowany tak właśnie jak ma to miejsce na „Epsilon Aurigae” i „Zeta Reticuli”. To całkowicie różne sprawy. Na pewno jednak nie ma tak, że na krążku pojawiają się jakieś fragmenty, które powstały w czasie jammowania i tak dalej. Nie działamy w ten sposób i myślę, że to straszna rzecz komponować metalową muzykę w ten sposób. Coś takiego prowadziłoby do spranych pomysłów, prymitywnych riffów a nie ma nic bardziej nudnego niż mentalność stadna, wiesz – zanim wszyscy się zgodzą na coś, zanim faktycznie coś powstanie. Kreatywność to nie jest coś, co możesz łatwo współdzielić z innymi osobami. I pewnie dlatego słowa „przypadkowy” albo „spontaniczny” nie kojarzą się ludziom z Monolithe.

O.: Pewnie tak… W którymś wywiadzie powiedziałeś, że zarówno Monolithe jak Blut Aus Nord mają chęć tworzenia interesującej muzyki. Zgodzę się, nawet jeśli nie tworzycie jej w tym samym gatunku. Masz może na myśli jeszcze jakieś inne zespoły, które podobnie jak wy nie istnieją tylko po to, by nieść rozrywkę, ale też by sięgaj głębiej?

S.: Jasne, jest bardzo wielu takich artystów. Nie będę ich tu wymieniał, głównie z tego powodu, że jest ich tak wielu. Ale na przykład, żeby wspomnieć jeden zespół, który zawsze uwielbiałem i który strasznie lubię – Opeth zawsze robił świetne rzeczy. Poza metalem z kolei dobrym przykładem będzie King Crimson.

O.: Pierwsze cztery albumy tworzą serię „The Great Clockmaker”, natomiast „Zeta Reticuli” i „ Epsilon Aurigae”, macie więc słabość do pisania takich historii, prawda? No i skoro jesteśmy w temacie – kolejne krążki też będą miały jakąś osnowę?

S.: No tak, zawsze staramy się włożyć więcej w muzykę niż sam ładunek „rozrywki”. Jeśli w naszej muzyce jest więcej głębi to tym lepiej. To jest bardziej interesujące, gdy budujesz cały świat, całe zaplecze, którym otaczasz muzykę, niż po prostu nagranie kilku piosenek które w żaden sposób nie są ze sobą powiązane. A że jestem wielkim fanem science – fiction, które w dużej mierze opiera się na sagach i złożonych historiach, to też pewnie ten gatunek ma na mnie wpływ. Ale kolejny krążek nie będzie częścią sagi, będzie całkiem osobnym dziełem. Jednak sam krążek będzie posiadał bardzo potężny koncept. Jest już prawie napisany, a za kilka miesięcy zaczniemy nagrania. Jestem szczególnie podekscytowany tym albumem, bo uwielbiam zarówno muzykę z niego, jak i koncept. Jestem pewien, że będzie to kamień milowy w karierze Monolithe.

O.: Trzymam więc kciuki! A skoro o kamieniach milowych mowa – w 2012 roku podpisaliście papiery z Debemur Morti Productions i od tego czasu Wasza współpraca trwa. Myślę, że doskonale do siebie pasujecie, głównie z uwagi na to, co już powiedziałeś – oni również starają się dostarczyć coś więcej niż tylko muzykę, zgodzisz się ze mną? I czy po tym, co było z Candlelight Records możesz powiedzieć, że prawdą jest to co mówią ludzie – lepiej być ważniejszym zespołem w mniejszym labelu niźli na odwrót?

S.: Debemur Morti Productions było wspaniałą pomocą dla nas, a ja zawsze będę wdzięczny Phillipe i Cedricowi za ich wkład. Dali nam naprawdę wiele w czasie, gdy byliśmy rozczarowani postępowaniem Candlelight Records. Pasowaliśmy do nich zresztą idealnie, oni są bardzo otwarci na nową muzykę, nie tylko na black metal, więc byłem szczęśliwy, że podpisaliśmy z nimi kontrakt. I oczywiście, nie ma nawet dyskusji, że lepiej być w mniejszym labelu, ale być traktowanym godnie, niż być tylko wykazem w dużym katalogu olbrzymiego wydawcy.

O.: Widzę, że obecnie jesteście dosyć aktywni, jeśli chodzi o koncertowanie, ale mowa tu raczej o pojedynczych wybranych gigach, nie trasach. Nie gracie też z przypadkowymi zespołami, większość z nich to mniej więcej ta sama półka stylistyczna. No i tak naprawdę Wasza aktywność nie trwa od dawna – kiedy zaczęliście koncertowanie, w tym roku, w zeszłym?

S.: Pierwsze i najważniejsze – nie graliśmy na żywo przed 2016 roku bo po prostu nie chcieliśmy. Ale z jakichś powodów zmieniłem zdanie i oto jesteśmy! Zdecydowaliśmy się zagrać te kilka koncertów, ale też sprawdziliśmy z kim będziemy grać i gdzie – to chyba normalne. Choć jasne, moglibyśmy grać koncert z kapelami z innego nurtu, nie byłoby to dla nas problemem. Ale po prostu gramy z tymi, z kim gramy, poza tym Monolithe jest i tak najbardziej znany w kręgach doom metalowych, więc nie powinno być dziwnym, że większość koncertów to na przykład doom metalowe festiwale.

O.: OK, a ja mam jedno nurtujące mnie pytanie – jak wyglądają Wasze koncerty? Chodzi mi o to, że macie coś około trzynastu piosenek, ale większość z nich oscyluje w granicach pięćdziesięciu minut… Więc jak, wybieracie sobie po prostu po jakimś fragmencie czy jak? Trochę łatwiej macie z dwoma ostatnimi kawałkami, bo tam jest po trzy numery trwające po kwadrans, heh…

S.: Gramy wycinki i medleye ze starych albumów, jak również wyjątki czy nawet całe numery z nowych krążków. Dostajesz więc coś na zasadzie The best of. Na każdym koncercie modyfikujemy też setlistę, więc można by powiedzieć, że każdy występ jest rzeczywiście bardzo specjalny, a ludzie za każdym razem mają inne doznania.

O.: Uważam Was za jeden z ciekawszych zespołów z Francji, ale jak już wspomniałem Twój kraj jest znany głównie z uwagi na scenę black metalową. A jak ma się scena doom czy też funeral doom metalowa we Francji? Możesz polecić jakieś warte sprawdzenia nawy?

S.: W rzeczywistości we Francji jest sporo doom metalowych kapel, czy też kapel nawiązujących w jakiś sposób do tego gatunku. Zależy to też od tego, czy uważasz na przykład gatunki wywodzące się z hard core’a, jak na przykład sludge, za powiązane z doom metalem. Ja nie uważam wszystkie za związane z tym gatunkiem, raczej na pewno ich za takowe nie uważam, jednakże kilka nazw przychodzi mi na myśl, chociażby Ataraxie, Funeralium, Barabbas, Eibon, Year of No Light, Dirge, Ixion.

O.: Ok, przyszła pora na ostatnie pytanie w tym wywiadzie – dość proste: jakich zespołów słuchałeś przy odpowiadaniu na to interwju?

S.: Cóż, zasadniczo żadnej, bo raczej nie słucham muzyki jako tła do danych czynności. Ale rano słuchałem “Coma Divine”, koncertówki Porcupine Tree, a także nowego krążka Opeth, “Sorceress”. Ostatnio słucham też sporo Noëla Gallaghera, szczególnie pierwszego krążka, który jest cholernie wspaniały. A jeśli chodzi o metal – głównie są to stare, klasyczne rzeczy z lat dziewięćdziesiątych jak Samael, Moonspell, Carcass, In the Woods… Wiesz, stare dobre, zaprzyjaźnione kawałki, z którymi jestem od zawsze.

O.: Ok, no to dzięki wielkie za fajny wywiad! Czekam na Wasz kolejny krążek!

S.: Też dziękuję!

Autor

10743 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *