Jak już kiedyś wspominałem, Godz ov War w tym roku nie próżnuje przypuszczając miażdżącą ofensywę na rynek wydawniczy. Jednym z pocisków Grega jakie mnie trafiły niezwykle celnie okazał się być Loathfinder. Odpaliłem i utonąłem pod miażdżącym ciężarem zgnilizny. Jakże tu więc nie podpytać Panów Bardów o kilka kwestii? O tym, jaką muzę ceni zespół, o współpracy z Gregiem oraz o tym, że brzmiące z kaset black i death metal są domeną zatwardziałych kolekcjonerów, można poczytać w niniejszym wywiadzie.

B: Hails i na wstępie pogratulować udanego debiutu!

L: Cześć, dzięki!

B: Próbowałem namierzyć jakieś informacje o Was, ale nic nie mogłem znaleźć. Internety, o dziwo, milczą. Przybliżcie może nieco początki kapeli.

L: Fakt, internety niezbyt pomocne są w tej kwestii, a potrafią być nawet mylące, patrząc na niektóre źródła. Początki kapeli były zupełnie standardowe, czyli spotkaliśmy się i zaczęliśmy grać muzykę, którą po prostu lubimy. W momencie, gdy mieliśmy skomponowanych kilka numerów, postanowiliśmy je zarejestrować, celem wydania własnym sumptem jako zwykłe demo i rozpocząć działalność koncertową. Od samego początku gramy w niezmienionym, czteroosobowym składzie, a nasze, w zamyśle, demo zostało wydane w profesjonalny sposób w formie EP za pośrednictwem Godz Ov War.

B: Black i doom… mocne połączenie, które w Waszym wykonaniu wyszło doskonale. Proces twórczy przebiegał bezboleśnie, czy raczej EPka powstawała w trudzie i znoju?

L: Dzięki. Samo połączenie tych dwóch gatunków nie jest, o dziwo, niczym zamierzonym a dźwięki, które można usłyszeć na „The Great Tired…” są naturalną wypadkową naszych zróżnicowanych upodobań muzycznych. Proces twórczy przebiegał zupełnie bezboleśnie i bardzo naturalnie. Być może nie jesteśmy zespołem mogącym szczycić się wysoką produktywnością w komponowaniu, ale też nie o to nam chodzi – każdemu numerowi poświęcamy dość dużo czasu, wprowadzając często sporo zmian, do momentu, aż efekt końcowy jest w pełni akceptowalny przez wszystkich.

Osobną kwestią jest proces nagrywania, który trwał akurat znacznie dłużej, niż wcześniej zakładaliśmy. Głównym powodem była chęć osiągnięcia jak najlepszego rezultatu i wraz z postępem prac zaczęliśmy dostrzegać możliwość zrobienia pewnych rzeczy w bardziej profesjonalny sposób, jak chociażby powierzenie mixu i masteringu Satanic Audio, czy wykonanie okładki przez Roberta a wykończenie jej przez Macieja Kamudę. No i oczywiście niebagatelną rolę odegrał też najbardziej prozaiczny czynnik, jakim jest wolny czas, który należało znaleźć, żeby zarejestrować partie poszczególnych instrumentów i wokalu. Wynikowo efekt końcowy wręcz przerasta nasze pierwotne oczekiwania, więc zdecydowanie było warto poświęcić więcej czasu.

B: Wśród inspiracji wyłapuję wczesną Katatonię, My Dying Bride… i oczywiście Celtic Frost. Wzorce to jak najbardziej godne pochwały. Coś jeszcze inspirowało proces twórczy?

L: Na pewno nie moglibyśmy wskazać powyższych, wielce zasłużonych zresztą, bandów do głównych źródeł naszych inspiracji. Wśród nas znaleźć można tych, którzy cenią Celtic Frost za (prawie) całość dyskografii, bo jest to jeden z tych bandów, który położył niejako podwaliny pod tego typu granie, są również i tacy, którzy bardzo cenią sobie wczesne My Dying Bride jak i Katatonię (choć usłyszysz i głos, że „Tonight’s Decision” jest świetną płytą – ot, sentyment – ale szybko zostanie on pewnie zagłuszony śmiechem pozostałych), ale oprócz tego jest całe mnóstwo nowych zespołów, których echa mogą być słyszalne na naszym albumie, jak chociażby Coffinworm, Conan, Yob czy Skitliv.

B: Również uwagę zwraca, że mimo, iż jest to mieszanka doomu idealnie przeplatająca się z black metalem dając świetną atmosferę zła, zgnilizny i do tego z kruszącym kości ciężarem.

L: Schlebiają nam takie określenia, bo właśnie ten klimat chcieliśmy uchwycić. Staraliśmy się zawrzeć w numerach jak najwięcej atmosfery o której mówisz, jednocześnie zachowując zwartą formę.

 

B: Godz ov War to zacny label, który co i rusz wydaje naprawdę dobre pozycje. Jak doszło do współpracy z Gregiem?

L: Nie znaliśmy się wcześniej z Gregiem, ale wiedzieliśmy jak się prezentuje jego profil wydawniczy i uznaliśmy, że nasza twórczość może pasować do jego wytwórni. Okazało się, że materiał przypadł mu do gustu, więc pomógł nam domknąć kwestie związane z grafiką i uruchomił swoją machinę promocyjną.

B: Na uwagę zasługuje też zacna okładka autorstwa nieocenionego Von Rittera, a pokolorowana przez Maćka Kamudę. To efekt współpracy z Gregiem z GoW, czy też sami nawiązaliście współpracę choćby z Robertem? I czy mieliście jakieś pomysły, co do okładki?

L: Współpraca z Robertem została nawiązana przez nas, daliśmy mu wstępne wytyczne oraz gotową muzykę. Robert załapał klimat i podesłał nam szkic okładki. Dzięki Gregowi szkic skierowaliśmy do Macieja Kamudy w celu położenia koloru oraz zaprojektowania całej wkładki.

B: Dotychczas ukazał się format elektroniczny i w formie CD. Przewidujecie w przyszłości inne nośniki, np. kastę czy tez winyla?

L: Szczerze mówiąc nie myśleliśmy jeszcze nad tą kwestią i chyba jest na to zbyt wcześnie. Póki co zamierzamy się skupić na promowaniu naszego materiału poprzez granie koncertów i w momencie gdy świadomość o istnieniu Loathfinder się zwiększy, a przez to zainteresowanie fizycznym nośnikiem, wtedy być może i pojawi się temat innych formatów.

B: I od razu zapytam, kiedy ukaże się długograj, i czy również będzie wydany pod skrzydłami Godz ov War?

L: Zaczynamy myśleć o kolejnym wydawnictwie. Wciąż nie mamy pewności, czy będzie to długograj, czy kolejna epka, czy też może split, jedno jest pewne – na tym etapie ciężko cokolwiek mówić i tyczy się to również potencjalnego wydawcy. To co możemy powiedzieć na pewno, to że ze współpracy z Godz Ov War jesteśmy bardzo zadowoleni. Greg plus kilka osób blisko związanych z jego wytwórnią wykonują świetną pracę, wkładając w to pełne zaangażowanie.

B: A jak się zapatrujecie na obecną modę na winyle? Z początku był to ekskluzywny nośnik, a obecnie niemal wszędzie może można go nabyć.

L: Akurat jeśli chodzi o winyle, to nawet jeśli był to powrót do życia napędzany w dużej części przez pewnego rodzaju modę, to w żaden sposób nam to nie przeszkadza. Niezależnie od tego, jak banalnie to może zabrzmieć, ale jest coś pociągającego w tym nośniku, zarówno jeśli chodzi o odmienne brzmienie w porównaniu do CD (bez wartościowania na lepsze-gorsze, bo jest to kwestia totalnie indywidualna), jak i dużo większe pole do popisu przy opracowywaniu grafiki.

B: Podobnież kasety: gdy wydawało się, ze odejdą na stałe do lamusa, to metal przywrócił ten nośnik do życia i to z niezłym skutkiem. Przewidujecie podobny boom jak w przypadku winyli, czy też to już zawsze będzie pewna nisza?

L: O ile powrót winyli odbierać można jako coś pozytywnego, ze względu zarówno na brzmienie jak i opakowanie, tak powrót kaset traktujemy raczej jako gratkę czysto kolekcjonerską i nic więcej. Wynikać to może z faktu, że mamy w pamięci czasy, gdy ten nośnik był na pewno wiodącym, raz ze względu na dostępność, dwa – ze względu na różnicę w cenie, w porównaniu do CD. Tak więc przewijanie ołówkiem, sklejanie taśmą klejącą, tworzenie składanek (czy też „mixtaping”, jak to się zapewne teraz nazywa), przegrywanie po sąsiadach oraz nagrywanie z radia nie są nam obce, ale jakoś nie tęsknimy za tym, przede wszystkim ze względu na brzmienie, które było podłe bądź umiarkowanie podłe. Jest to na pewno olbrzymi sentyment, w piwnicach u niejednego z nas znalazłoby się większe bądź mniejsze pudło wypełnione zbiorami sprzed lat, przyjmujemy do wiadomości teorie, że death czy black metal z niczego tak nie zabrzmi, jak z kasety, ale… zostawiamy to zatwardziałym kolekcjonerom, pełni szacunku i miłych wspomnień (jak chociażby te związane z wielkością i bogactwem wkładek upchniętych w tym małym pudełku, gdzie przyznać trzeba, czasami robiło to niemałe wrażenie – vide Ulver „Themes from William Blake’s The Marriage of Heaven and Hell” – biorąc pod uwagę sposób złożenia i format samego insertu).

B: Osobiście najlepiej mi robi kawałek ostatni, tytułowy idealnie współgrający z okładką. Great Tired Ones jawią się jako zmiana lovecraftowego Great Old Ones. Czemu więc “Tired”? Zmęczeni nieustannymi eonami i przemijaniem wieczności?

L: Odpowiedź jest właściwie zawarta w pytaniu. Co ciekawe, kawałek powstał bez świadomych konotacji z Lovecraftem, dopiero później zdaliśmy sobie sprawę z podobieństwa, nie było to bezpośrednie nawiązanie. Czas sam w sobie jest najbardziej przytłaczającym jarzmem jakie można sobie wyobrazić, zwłaszcza w kategoriach wieczności. Nie chcemy “tłumaczyć” tekstów, ciężko je rozpatrywać z perspektywy życia codziennego, a tym bardziej odnieść je do niego.

B: To od razu podpytam jak się zapatrujecie na coraz to nowe wydania prozy Lovecrafta? Zbieracie każde z nich? I co z pozostałymi mistrzami grozy, również są chętnie czytani? Mam tu na myśli Poego, Blackwooda, ale też współczesnych jak Kinga, czy Barkera.

L: Unikalnym talentem Howarda było czerpanie grozy z ogromu, z niewypowiedzianego i niewyobrażalnego, nikomu innemu nie udało się ująć tego w ten sposób. W większości lubimy Poego i jego trupi romantyzm, z Kingiem już mamy różnie (poza kilkoma opowiadaniami), ale Howard ma u większości z nas sentymentalne pierwszeństwo. Co do nowych wydań to na pewno warto zwrócić uwagę na „Grzyby z Yuggoth”.

B: Wspominałem wcześniej o Celtic Frost jako inspiracji. Parę miesięcy temu było w Polszy parę koncertów Tryptikona. Jak oceniacie kondycję następcy CF? Bo niektórzy sapią, że to nie to samo i ciężar Celticów nigdy nie wróci.

L: Sapanie zostawiamy sapiącym.

B: Ten rok jak dotychczas obfituje w zacne albumy. Jakieś szczególnie przykuły Waszą uwagę?

L: Ze światka metalowego na pewno Medico Peste – Herzogian Darkness, Death Like Mass – Jak zabija diabeł, Dool – Here Now, There Then, Immolation – Atonement. Z poza – chociażby Bonobo – Migration.

B: Pochwalcie się jeszcze, co tam się niedobrego kręciło w odtwarzaczu podczas odpowiadania na pytania.

L: Biorąc pod uwagę jak długo zajęło nam opracowywanie odpowiedzi na te pytania, to dość wiele płyt, począwszy od Ravage Ritual, przez Broken Hope i Blood Incantation na Rome i różnych neofolkach skończywszy.

B: I ostatnie słowo należy do Was! Dzięki za wywiad!

L: Niech się dzieje.

FOTY ZAWDZIĘCZAMY JUSTYNIE, KTÓREJ PIĘKNIE DZIĘKUJEMY ;*